Glamour 8/2012

Ja i prasa kobieca – oto związek skomplikowany. Systematycznie przerabiam kolejne tytuły, poszukując ideału – kto wie, ten wie, że zdarzyło mi się napisać na ten temat dość poczytny artykuł. Pisząc z pozycji krytyka kultury opresyjnego patriarchatu (chill out, it’s ironic), nie mogłam jednak przyznać, że – pomimo większych lub mniejszych dawek idiotyzmów, od których żadne z czasopism nie jest wolne – wciąż regularnie kupuję i czytam od dechy do dechy kilka tytułów. Obecnie moi faworyci to Glamour In Style. Kiedyś kupowałam jeszcze Elle Fashion Magazine, ale ostatnio jedno i drugie zaliczyły takiego byka, że postanowiłam przez dłuższy czas omijać je z daleka. Co zabawne, oba faile miały jakiś związek z Euro 2012 – ryzyko związane z próbami oswojenia piłki przez prasę kobiecą bywa, jak widać, śmiertelne.

Wychodzę z założenia, że zrecenzować można wszystko, także konkretne numery czasopism. Wiadomo, że w zależności od numeru konkretne tytuły przeżywają wzloty i upadki. Są miesiące, kiedy z wypiekami na twarzy czyta się ulubiony magazyn w całości, są takie, kiedy przedarcie się przez wszystkie strony zajmuje kilka tygodni i ilością włożonego wysiłku może się równać ze zmaganiami w igrzyskach olimpijskich. Być może podchodzę do tego zbyt poważnie, ale zawsze staram się uważnie przeczytać wszystko – nawet artykuły, które mniej mnie interesują. Jeżeli w jakimś numerze pomijam więcej niż 2-3 teksty, stanowi to dla mnie czytelny sygnał, że pismo nie jest dla mnie.

Jak jest z najnowszym Glamourem?

Glamour cenię przede wszystkim umiejętność pisania o pierdołach bez popadania w zidiocenie, dopracowaną szatę graficzną i niezłe artykuły psychologiczne. Pod tym ostatnim względem sierpniowy numer wypada dość słabo – artykuł o snobizmie jest chaotyczny, kiepsko napisany i w gruncie rzeczy totalnie o niczym. Trudno się jednak temu dziwić – sierpień to już praktycznie jesień, Glamour koncentruje się więc na modzie i prezentacji trendów na nowy sezon, poświęcając projektantom i branży fashion nawet artykuły „o życiu” (jak to nazwać ładniej? Lifestyle?). Moją uwagę zwracają dobrze opracowane opisy pokazów najważniejszych projektantów – w każdym z nich znajdziemy krótką notkę bio, informację o oprawie wizualnej pokazu i 2-3 opinie liczących się krytyków. Poza przeglądem według nazwiska, nie mogło oczywiście zabraknąć zestawienia trendów – i z tego zadania redaktorzy dobrze się wywiązali.

Na dokładkę gwiazdą numeru jest Blake Lively – aktorka, którą bardzo lubię. Piękne zdjęcie na okładce, w środku estetyczna, choć chyba nieco zbyt skromna sesja i artykuł, który buduje jej wizerunek jako dziewczyny sympatycznej, chociaż trochę głupkowatej (cytat na okładce wyjątkowo niefortunny). Reszta numeru to jakieś mniej lub bardziej interesujące zapchajdziury, chociaż prawdziwym fankom mody mogą się spodobać – ja nie jestem aż taką fashion victim, żeby interesować się tym, co o kobietach myśli Maciej Zień.

Najnowszy Glamour uniknął poważnych wpadek, ale to chyba jeden z nudniejszych numerów, jakie trzymałam w rękach. Mimo wszystko jestem skłonna im wybaczyć, bo dzięki przeglądowi jesiennych trendów spotkałam nową miłość – kolekcję Dolce & Gabbana fall 2012. Patrzcie i kochajcie!

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s