Farmona Sweet Secret – migdałowy balsam do ciała

Trochę już tutaj pisałam o moich (oględnie rzecz biorąc – średnich) doświadczeniach z Farmoną. Historię naszej „znajomości” można by porównać do wielkiej miłości, która z biegiem czasu przerodziła się w koszmar. Seria Sweet Secret urzekła mnie do tego stopnia, że kupiłam wszystko, co tylko zdążono w niej wyprodukować, systematycznie uzupełniając kolekcję w Rossmannie, Naturze i przez sklepy internetowe. Podobna mania kolekcjonowania zadziałała również w przypadku linii Tutti Frutti.

Przez pierwsze tygodnie było okej, z miłością zaciągałam się rozkosznymi zapachami ze słoiczków, romans kwitł. Niestety – o, dramacie egzystencji – wkrótce okazało się, że Farmona potwornie mnie uczula. Nie zidentyfikowałam jeszcze odpowiedzialnego za to składnika, miałam w planie porównać składy ich kosmetyków z odpowiednikami z innych firm, ale jakoś nigdy nie chciało mi się za to zabrać. Wiem natomiast, że dotyczy to prawie wszystkich ich produktów – i żeli pod prysznic, i balsamów do ciała, i kremów do twarzy, i peelingów. Cóż mogłam zrobić? Napoczęte kosmetyki rozdałam, te jeszcze nieotwarte wystawiłam na allegro. Kosmetyki od Farmony wciąż mnie kuszą, ale staram się je omijać z daleka, z dumnie podniesioną głową. Romans zakończył się wielką klapą, złamanym sercem i dużą ilością pieniędzy wyrzuconych w błoto.

No dobrze, ale dość już melodramatycznego, fabularyzowanego wstępu. Czas przejść do konkretów. Wczoraj, podczas porządków, znalazłam opakowanie migdałowego balsamu do ciała z mojej, niegdyś ukochanej, serii. Zostało go tak mało, że wstyd komukolwiek go oddawać, nie mówiąc już o sprzedawaniu, postanowiłam więc skończyć go sama i przy okazji coś o nim napisać.

Podeszłam do sprawy sceptycznie i z bojowym nastawieniem, muszę jednak przyznać, że nie było tak źle. Po jednym użyciu reakcji alergicznej szczęśliwie nie stwierdzono, a produktu starczy co najwyżej na jeszcze jeden raz – może uda mi się przetrwać kończenie tego balsamu bez widocznego uszczerbku na zdrowiu. Przy okazji przypomniałam sobie, za co tak bardzo lubiłam serię Sweet Secret: za przepiękne, słodkie zapachy, które przez wiele godzin utrzymują się na ciele. Ten migdałowo-truflowy w buteleczce pachnie dla mnie nieco zbyt intensywnie, ale na ciele delikatnieje, pozostawiając subtelny, marcepanowy aromat.

Jeśli chodzi o działanie, jest naprawdę przyzwoicie. Balsam dobrze się rozprowadza i szybko wchłania, nie pozostawiając na skórze lepkiej warstwy. Skóra jest gładka i przyjemnie nawilżona przez cały dzień. Gdyby nie alergia, miałabym tylko jedno zastrzeżenie – wersja migdałowa i waniliowa wzbogacone zostały o bliżej niezidentyfikowane, czarne granulki (podejrzewam, że w waniliowym kremie udają zmielone daktyle, ale co w migdałowym? Kawałki trufli?). Trzeba się trochę napracować, żeby rozsmarować je na ciele; nierozsmarowane mogą zabrudzić ubranie, poza tym – wyglądają naprawdę dziwnie, zwłaszcza, że zostaje ich naprawdę dużo. To jakiś kompletnie nietrafiony pomysł, dla którego, mimo usilnych starań, nie potrafię znaleźć żadnego wytłumaczenia.

Ja oczywiście nigdy do Farmony nie wrócę, ale jeśli kiedyś miałyście już do czynienia z ich produktami i nie zauważyłyście żadnych negatywnych skutków, myślę, że warto spróbować. Są i gorsze, i lepsze balsamy, te od Sweet Secret to po prostu przyzwoite produkty w przyzwoitej cenie (za 225 ml trzeba zapłacić około 13 zł).

Plusy: 

+ piękny, słodki i długotrwały zapach

+ dobrze się wchłania i nieźle nawilża

Minusy: 

– może uczulać (serio, nikt poza mną się z tym nie spotkał?)

– niewyjaśniona tajemnica zastosowania czarnych, smużących granulek

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s