Oriflame Nature Secrets krem pod prysznic z jojobą i mango – recenzja

Okej, złośliwości pod adresem Oriflame – które fotoszopuje swoje kosmetyki bardziej, niż Elle modelki – były już poprzednim razem. Dzisiaj same konkrety. Muszę przyznać, że półtora roku temu, kiedy odnowiona seria Nature Secrets wchodziła do sprzedaży, obserwowałam ją z dużym zainteresowaniem, głównie z powodu smakowitych połączeń zapachowych: kokos + pszenica, malina + mięta, mango, arbuz, figa + lawenda… Całe szczęście udało mi się wtedy powstrzymać szalony pierwszy odruch, każący kupować wszystko i zadowoliłam się dwoma skromniutkimi produktami: peelingiem z maliną i miętą, o którym już pisałam, oraz bohaterem dzisiejszego postu – kremem pod prysznic z mango i jojobą przeznaczonym do skóry wrażliwej. Z perspektywy czasu gratuluję samej sobie powściągliwości, która uchroniła moją łazienkę przed lawiną zalegających miesiącami kosmetycznych średniaków.

Na stronie Oriflame jedna z recenzentek napisała, że korzystając z tego żelu czuje się, „jakby myła się sokiem”. Niestety, chyba nie chodziło jej o to, że zapach produktu jest aż tak naturalny i sugestywny… Nie dajcie się zwieść, nazwa może być myląca – ten kosmetyk z żelami pod prysznic nie ma wiele wspólnego. Prawie w ogóle się nie pieni, dopiero po dłuższej chwili wcierania preparatu w skórę powstaje coś na kształt anemicznej pianki. Wiem, że to niby „krem”, a nie „żel”, ale w praktyce nic za tym nie idzie, po myciu skóra nie jest ani nawilżona, ani zrelaksowana, jak to szumnie obiecują producenci. Może chodzi o to, że produkt został stworzony dla skóry wrażliwej i z założenia miał być delikatny, ale hej – równie dobrze można by po prostu myć się wodą (albo sokiem właśnie), efekt byłby podobny.

Kolejny minus – cena. Za opakowanie o pojemności 400 ml Oriflame życzy sobie 24zł (!). To dużo nawet w porównaniu z żelami pod prysznic Yves Rocher, które zawsze wydawało mi się zbliżone cenowo do szwedzkiej firmy. A w zestawieniu z drogeryjnymi basicami taka kwota jest po prostu horrendalna. Ja wszystko rozumiem, na żel pod prysznic można wydać i 100zł, jeśli coś za tym idzie – ekologiczny skład, eleganckie opakowanie, chociażby nazwisko projektanta na etykietce. Ale ten produkt naprawdę niczym nie różni się od zwyklaków, które za 5zł można kupić w supermarkecie.

Na sam koniec dwie zalety, żeby nie było tak do końca negatywnie. Po pierwsze – wydajność. Staram się używać kremu pod prysznic regularnie i obficie, a ubywa go bardzo powoli, podejrzewam, że starczy na dłuuuugie miesiące. Po drugie – zapach. Początkowo mnie rozczarował, bo w opakowaniu pachnie w bliżej niezidentyfikowany sposób, ale podczas mycia zyskuje głębię: to świeże, niedojrzałe mango, bardzo orzeźwiające. Niestety, intensywność zapachu pozostawia wiele do życzenia, czuć go praktycznie tylko podczas aplikacji.

Tak jak w przypadku żelu-peelingu: jakoś go zmęczę, ale raczej nigdy do niego nie wrócę. Oriflame sukcesywnie mnie do siebie zniechęca – naprawdę, nie ma sensu przepłacać za produkty, których tańsze i lepsze odpowiedniki da się znaleźć w najbliższym sklepie.

Plusy: 

+ przyjemny zapach

+ wydajność

Minusy:

– cena

– intensywność zapachu

– gdzie jest piana?!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s