Moje wielkie, jesienne szaleństwo – wrześniowe nowości (kosmetyki)

Zaszalałam w tym miesiącu, oj, zaszalałam. Czytam notkę o zakupach sierpniowych i oświadczenie, że „we wrześniu planuję wydać mniej niż 100zł”, i łapię się za głowę. Pewnym plusem tak rozbuchanych zakupów jest fakt, że teraz odczuwam absolutny przesyt i kosmetykowy, i odzieżowy (o nowych ciuchach również przewiduję notkę) – wchodzę do drogerii i absolutnie nic nie zwraca mojej uwagi. No dobra, na mojej październikowej wishliście już jest parę produktów, ale póki co nie spieszy mi się z jej realizacją.

Dla wygody mojej i Waszej podzieliłam nowości tematycznie.

Kosmetyki kolorowe: 

1. Essence Ready For Boarding LE – krem do ust i policzków (01 sending you kisses) | Ten krem od dawna mnie kusił, w Naturze na Stokłosach trafiłam na pełną szafę Ready For Boarding, a że miałam kiepski humor (sesja! :D), kupiłam bez wahania. Nie żałuję, bardzo przyzwoity produkt. Cena: 11,90.

2. KoBo Proffesional – cienie do powiek w kolorach Sunny Day i Party Pink | Żółty, różowy i pomarańczowy to moje ulubione kolory cieni do powiek. Są bezpretensjonalne, wesołe, pasują do wszystkich kolorów oczów i nie wywołują we mnie przykrego wrażenia, że wyglądam, jakbym właśnie uciekła spod latarni. O cieniach Kobo słyszałam bardzo dużo dobrego i z czystym sumieniem mogę to potwierdzić. Są dobrze napigmentowane, nie rolują się na powiece. Matowy Sunny Day z miejsca stał się moim ulubieńcem, jeśli chodzi o dzienny makijaż. W sumie zapłaciłam 30 zł, Party Pink wygrzebałam z promocyjnego koszyczka -50%.

3. Catrice CuCuba LE – lakiery do paznokci 04 Havana Drum i 02 Reggaeton | Limitka od Catrice kusiła mnie, odkąd zobaczyłam pierwsze zapowiedzi, jestem z siebie dumna, że koniec końców stanęło tylko na dwóch lakierach (no dobra, tak naprawdę wciąż marzę jeszcze o żółtym i miętowym, ale nigdzie nie mogę ich znaleźć). Jaśniejszy – Havana Drum – trochę mnie rozczarował; w opakowaniu wygląda jak kawa z mlekiem, na paznokciach kojarzył mi się… z „cielistymi podkolanówkami”. Chyba beże na paznokciach to po prostu nie moje kolory. Za to Reggaeton jest super. Cena: 10,50 za każdy z lakierów.

4. KoBo Colour Trends – lakier do paznokci Toronto | Szukałam lakieru w kolorze przygaszonego różu, padło na Toronto z najnowszej kolekcji KoBo. Niestety, to kolejny lakier z tej serii, który w opakowaniu wygląda inaczej niż na paznokciu. Nałożony, traci wszelkie pokrewieństwo z różem i staje się po prostu beżowy (baardzo podobny do opisywanego wyżej Havana Drum). Trzeba jednak przyznać, że wytrzymał na płytce tydzień bez większych uszczerbków. Cena: 9,90.

W tle możecie zobaczyć wieczko od Glossybox potraktowane smutną twórczością własną (aczkolwiek z parafrazy Michaela Jacksona „heal the world – make it paint its nails!” jestem całkiem dumna).

Pielęgnacja rąk i paznokci: 

1. Essence Quick Dry Top Coat | Zakup przemyślany, bo od dawna potrzebowałam jakiegoś zabezpieczającego lakieru wierzchniego. Essence sprawuje się nieźle i wydaje mi się, że jego działanie ochronne jest faktycznie zauważalne. Niestety nie pamiętam, ile dokładnie za niego dałam, myślę, że ok 6 zł.

2. Perfecta SPA – saszetka z regenerującą maską-serum do rąk i szafirowym peelingiem do rąk | Nigdy specjalnie nie przejmowałam się pielęgnacją dłoni. Z natury mam na nich bardzo delikatną i gładką skórę, nawet kremów do rąk nie używam przez cały rok, bo zwyczajnie nie odczuwam takiej potrzeby. Zużywanie saszetki od Perfecty (zdjęcia brak, pojawi się przy okazji notki o zużyciach) było jednak na tyle przyjemne, że w październiku postanowiłam zainwestować w jakiś większy peeling. Różnica między „skórą gładką” a „skórą niesamowicie gładką” jest jednak zauważalna :). Cena: ok. 3zł.

3. Eveline – odżywka Total Action 8w1 | Hit wszystkich blogów, ta odżywka była moim pierwszym, absolutnym must havem września. Używam jej głównie jako bazy pod lakier, mimo to widzę, że działa i moje paznokcie przez ostatni miesiąc faktycznie stały się mocniejsze (chociaż wciąż niezbyt podoba mi się ich wygląd w naturalnym stanie). Kupiłam na stoisku przy Placu Bankowym, nie kupujcie tam, bo można sporo przepłacić – ja zamiast standardowych 11, zapłaciłam 15zł.

4. H&M – zestaw waniliowych kremów do rąk | To z kolei kompletnie niezrozumiały zakup podyktowany shoppingową gorączką. Kremów do rąk mam pod dostatkiem, skusiły mnie głównie mały format i ładne opakowanie w konie. Kosmetyki z H&M to raczej średniaki, ten krem niestety nie odbiega od normy – pachnie w bliżej niezidentyfikowany sposób (podobno wanilią), spektakularnych efektów pielęgnacyjnych nie zauważyłam. Cena dwupaku: 9,90.

Pielęgnacja ust: 

1. Ziaja – kokosowy balsam do ust | Po co, na co kolejny balsam ochronny? Nie wiem. Pisałam już, że uwielbiam zapach kokosowej serii Ziai, pewnie dlatego kupiłam kolejną sztukę do kolekcji. Bardzo lubię pomarańczową wersję, ale ta mocno mnie rozczarowała. Pachnie inaczej niż kokosowe masło, działanie i konsystencja średnie. Na plus, jak to w przypadku Ziai, niezmiennie cena – ok. 6 zł.

2. H&M Lip Balm – tea time with toffie | W tym przypadku akurat wiem, co mną kierowało. Po pierwsze: zapach (smakowite toffi!), po drugie: opakowanie. Solidnie wykonany słoiczek, wieczko ozdobione wizerunkiem wiewiórki z parasolem, wszystko zapakowane w urocze pudełko. Bardzo go polubiłam, używam zamiennie z glossyboxowym Figs & Rouge. Cena: 14,90.

Pielęgnacja włosów: 

1. Syoss Substance & Strength shampoo | Opisywany przeze mnie w poprzedniej notce zakupowej szampon Timotei bardzo mnie rozczarował (odkąd zaczęłam go używać, zauważyłam, że moje włosy stały się dużo słabsze). Postanowiłam poszukać czegoś wzmacniającego, ale nie obciążającego tak, jak szampony do bardzo suchych włosów. Padło na jeden z szamponów Syoss, przeceniony w Rossmanie na 10,90. Rewelacji nie ma, ale sprawuje się przyzwoicie, na pewno jestem bardziej zadowolona niż z Timotei. Poza tym podoba mi się jego wiśniowy (?) zapach.

2. Isana Hair – suchy szampon | Pierwszy szampon w sprayu, z jakim miałam styczność. Do tej pory w to nie wierzyłam, po dwóch użyciach potwierdzam – wow, to naprawdę działa! Trzeba tylko uważać, żeby nie wyjść z domu z „siwizną”, jeżeli niedokładnie wyczesze się cały produkt z włosów. Ale nie ma tego złego – dzięki temu efektowi ubocznemu wymyśliłam już sobie przebranie na Halloween :D Zapłaciłam 10 zł, jak przystało na prokrastynatorkę i notorycznego spóźniaczo-śpiocha, jestem bardzo zadowolona, oby więcej tego typu urodowych produktów express!

3. Toni & Guy Sea Salt Texturising Spray | Miałam tego dnia jakąś włosomanię, więc do koszyka poza Syossem i Isaną wrzuciłam jeszcze sól morską, która od dawna mnie kusiła (oszczędnie decydując się na opakowanie-miniaturkę). Mam wobec niej konkretne oczekiwania: chcę uzyskać taki wygląd, jak wtedy, kiedy pada deszcz, a ja mam na głowie kaptur. Tzn. dość proste włosy przy czubku głowy i loki, zaczynające się w okolicach uszu. Próbowałam raz, wyszło mniej spektakularnie niż oczekiwałam, ale praktyka czyni mistrza! Cena: 9,90.

Pielęgnacja ciała:

1. Ziaja – czekoladowy peeling myjący z masłem kakaowym | Pełną recenzję tego produktu możecie przeczytać tutaj. W skrócie: działa nieźle, ale śmierdzi. Nie kupię ponownie. Kupowałam w Super Pharm, w wyniku jakiejś promocji zapłaciłam chyba 9,90.

2. Joanna Naturia – kawowy peeling gruboziarnisty | W tym przypadku z kolei miłość od pierwszego wejrzenia. Uwielbiam peelingi z Naturii, są tanie, wydajne i skuteczne. Prawie wszystkie pięknie pachną (może poza chemiczną porzeczką), a wersja kawowa nie jest tu wyjątkiem. Zdecydowanie na plus, zdecydowanie będę do niego wracać. Kupiłam za 3,99(!).

3. Joanna Naturia – kawowe masło do ciała | Podchodziłam sceptycznie do balsamów i maseł Joanny, ale wpis na Lusterku Em zachęcił mnie do dania im drugiej szansy. Nie żałuję, przede wszystkim ze względu na opisywany w punkcie powyżej, apetyczny zapach, idealny zwłaszcza na długie, jesienno-zimowe wieczory. Działanie też okej (tak na mocną czwórkę w skali szkolnej, ale kto by się tym przejmował, kiedy może pachnieć jak tiramisu :] ). Bardzo się cieszę, że odnalazłam jakiś kawowy balsam, który mnie nie uczula, do tej pory wciąż płakałam po stracie kawowego sufletu od Farmony. Cena: 9,90.

Pielęgnacja twarzy:

1. L’Oreal – krem Nutri-Gold Light & Silky | Rozczarowana jabłkowym kremem Oriflame i oczarowana dołączonym do Glossy kremem Nuxe, postanowiłam poszukać kremu z nieco wyżej niż Garnier czy Nivea półki. Padło na hypowany ostatnio L’Oreal z serii Nutri-Gold, w Naturze dostępny w promocyjnej cenie 29,90 zamiast 40. Po kilku dniach używania mogę stwierdzić, że krem mnie nie uczula i nie stwarza jakichś większych problemów, jeśli chodzi o makijaż, świecenie i inne tego typu sprawy. Spektakularnych efektów gwarantowanych przez producenta jednak nie zauważyłam, a moja skóra po nocy nie budzi się „otulona jedwabistą miękkością”, tylko podsychająca i wyraźnie spragniona następnej dawki. 

W sumie w tym miesiącu wydałam na kosmetyki 213 zł. Auć.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s