Glossybox 10/2012 – pierwsze wrażenia

Chyba już pogodziłam się z faktem, że każdy Glossybox dociera do mnie z opóźnieniem na tyle dużym, że w międzyczasie zdążam obejrzeć w internecie wszelkie możliwe warianty pudełka i nauczyć się listy produktów na pamięć. W tym miesiącu wreszcie zrezygnowałam z dalszej walki z comiesięczną subskrypcją i wykupiłam 3-miesięczny pakiet. Mam nadzieję, że nie wyjdę na tym źle i Glossy utrzyma poziom przynajmniej do końca roku :)

Kilka dni przejrzałam z nudów strony innych, europejskich wydań Glossybox – brytyjskie, niemieckie, francuskie. Mam wrażenie, że polska ekipa ma co nadrabiać. Zagraniczne pudełka są, po pierwsze, dużo bardziej zróżnicowane, po drugie: podoba mi się jasno określana „tematyka” poszczególnych boxów, np. styczniowy Glossy.fr zdominowany przez Walentynki, albo brytyjskie edycje Harrods i eko. Do tematyki dopasowywana jest nawet kolorystyka pudełek.

Wiem, wiem, zdaję sobie sprawę, że twórcy Glossybox tak naprawdę mają znikomy wpływ na zawartość i muszą dobierać temat na tyle szeroki i nic nie mówiący, żeby spokojnie pomieścił wszystko, co dostaną. Ale zagraniczne przykłady pokazują, że mimo ograniczeń da się to zrobić ciekawie. Dlatego też, rozdrażniona bezpłciowymi hasłami typu „bądź piękna wiosną”, „bądź piękna latem”, „powitaj słońce”, „pożegnaj słońce”, bardzo się ucieszyłam, że październikowy Glossy reklamowany jest jako „HOME SPA”. Wreszcie widać jakąś myśl przewodnią, z którą korespondują nie tylko zamieszczone w pudełku próbki, lecz także organizowane na fb konkursy. Tak trzymać!

Co znalazło się w moim pudełku?

Pudełko dotarło dopiero dzisiaj rano, więc tylko kilka szybkich refleksji. Bardzo się cieszę, że dostałam wersję z maską Mooya – to dużo fajniejsze niż żel biosiarczkowy i faktycznie, bardzo kojarzy mi się ze SPA :) Dodatkowo w pudełku znalazłam kupon, upoważniający do 15% rabatu na zakupy kolejnych kosmetyków Beautyface.

Peeling z Pat & Rub pachnie przepysznie i baardzo orzeźwiająco, kojarzy mi się z werbenowym żelem L’Occitane z sierpniowego boxu. Widziałam w internecie sporo krytycznych komentarzy i w sumie się nie dziwię – od trzech miesięcy dostajemy jakiś peeling w każdym pudełku. Ale nie będę narzekać – peelingów nigdy dość!

Sporo kontrowersji w blogosferze wzbudziły również jakość i zapach kolorówki od Fresh Minerals, więc w duchu nastawiłam się na najgorsze. Spotkało mnie bardzo przyjemne zaskoczenie – zamiast śmierdzącej szminki czy połamanej kredki dostałam świetny błyszczyk w intensywnie czerwonym kolorze.

I kolejny kontrowersyjny produkt, czyli glinka ghassoul od Organique. Szczęśliwie do mnie dotarła w całości, nierozsypana po całym boksie, ale fakt – sposób zapakowania woła o pomstę do nieba… Ciekawa jestem efektów, nigdy wcześniej nie korzystałam z tego typu produktów.

Maska Rene Furterer do włosów suchych i bardzo suchych. Dobrze! Tym razem trafili w mój typ.

Jako ostatnie maleńkie mydełko o wdzięcznej nazwie Argan & Goats. Dołączy do składziku mydeł wszelkiej maści, wśród których znajduje się również sierpniowe L’Occitane – wolę używać mydeł w płynie od Isany, kupowanie mydła powyżej 10zł wydaje mi się bezsensowne. To tylko mydło, hello.

Jestem bardzo zadowolona z maski Mooya, glinki Organique i błyszczyka do ust. Maskę do włosów i peeling („piling”?) Kingi Rusin też na pewno zużyję z przyjemnością. Właściwie rozczarowało mnie tylko mydło.

A na koniec, w ramach bonusu – mój zafrapowany marokańską glinką kot :)

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s