Rozsądny shopping – listopad

Efekty pierwszego shoppingu zgodnego z nowymi zasadami, jeśli ktoś ciekaw. Już prawie grudzień, więc dominują typowo świąteczne połączenia – kolor bordowy, zapach wanilii i marshmallowów, majtki w renifery…

Gdyby kiedyś zamknęli mnie w centrum handlowym, schowałabym się w Oysho. Wszystko w tym sklepie jest taakie ładne i znakomicie nadaje się na prezenty – Waszej uwadze polecam zwłaszcza świątecznie opakowane skarpetki, udające np. ciasteczka albo trzy małe świnki. Szlafrok jest cudowny w dotyku i sprawia, że mam ochotę przez tydzień nie wychodzić z domu, tylko owinąć się nim, czytać babskie czasopisma i pić kawę z cynamonem. Poza rzeczami przedstawionymi na obrazku, kupiłam jeszcze ciepłe skarpetki z antypoślizgową podeszwą i pyszczkiem renifera – niestety na stronie sklepu nie zamieścili zdjęcia.

Bath&Body Works to dla mnie kwintesencja Ameryki. Słodko, pachnąco, dużo, drogo, połyskliwie i nieco pin-upowo, zapach dyni, wanilii, pianki Marshmallow i tak dalej. Wybrałam się tam po wszechobecne w prasie perfumy do domu w opakowaniu z sową, ale z bliska nie były tak efektowne – drogie, maleńkie, zapach butwiejącego jabłka też jakoś mnie nie zachwycił. Urzekły mnie natomiast świece (zapach pieczonych w ognisku pianek! zapach jesieni! zapach cynamonowego chleba!) i linia Warm Vanilla Sugar*, pachnąca jak krem brûlée

* oczywiście musiałam zrobić misspella w nazwie na zdjęciu, pardonez-moi.

Na sam koniec zajrzałam jeszcze do New Looka. W sumie nie przepadam za tym sklepem – chyba po prostu jestem już na niego za stara. Warto jednak zaglądać podczas obniżek, mają wtedy naprawdę niskie ceny i przyzwoity basic. Upolowałam t-shirt z czaszkami akurat w moim rozmiarze, trochę mroku nigdy nie zaszkodzi, a mnie od dawna brakowało czarnej koszulki. Widziałam też czarującą bluzę z kocimi uszami, ale rozsądek zwyciężył (!!!) i jej nie wzięłam.

Reklamy

Antyshopping – podsumowanie

Listopad ma się ku końcowi, pora więc na podsumowanie szumnie zapowiadanej przeze mnie akcji „antyshoppingowej”. Obiecywałam sobie, że do końca listopada powstrzymam się od jakichkolwiek niezaplanowanych zakupów, zamiast tego skupiając się na denkowaniu już posiadanych produktów i intensywnym sprzedawaniu na allegro. Dzięki temu na koniec miesiąca będę mogła zaszaleć i wydać całą zarobioną w ten sposób kasę, na co tylko zechcę.

Oczywiście – nie kupować wcale mi się nie udało. Mimo to jestem z siebie dość zadowolona. Mam wrażenie, że udało mi się złagodzić potrzebę zakupów i wyeliminować (albo przynajmniej mocno ograniczyć) zakupy z nudów. Żeby było pozytywnie i motywująco, zamiast standardowego „spisu nowych produktów, których wcale nie potrzebuję” (a mimo wszystko trochę ich przybyło), lista rzeczy, z których udało mi się w tym miesiącu zrezygnować:

  1. przez półtora miesiąca nie kupiłam nic na Allegro, nawet specjalnie nie przeglądałam aukcji. 
  2. udało mi się powstrzymać od zajrzenia do jakiejkolwiek sieciówki, seriously! No dobrze, miałam jeden dzień, kiedy zajrzałam tu i ówdzie (jeszcze w październiku), ale ostatecznie kupiłam wyłącznie to, czego szukałam – puchówkę, czapkę i buty.
  3. przez całe półtora miesiąca byłam tylko raz w Rossmannie i 2 razy w Naturze. W Rossmannie nie kupiłam żadnej zbędnej rzeczy, w Naturze tradycyjnie zaszalałam przy końcówkach edycji limitowanych od Cosnovy, ale to był ciężki dzień :P
  4. całkowicie zignorowałam promocję -40% na całą kolorówkę w Rossmannie, o której od tygodnia trąbiły wszystkie blogi.
  5. udało mi się nie zamówić ani GlossyBox Men (więcej radości dla mnie, niż dla mojego chłopaka ^^), ani GlossyBox Golden, ani „archiwalnych” pudełek, ani subskrypcji ShinyBox. Jedno pudełko z niespodzianką na miesiąc zdecydowanie wystarczy.
  6. na sprzedaży nieużywanych ciuchów i kosmetyków zarobiłam w tym miesiącu ok. 300 zł. Teraz mogę to wydać, na co tylko zechcę. Dodatkowym bonusem zakupowej abstynencji jest cudowna świadomość, że pierwszy raz od miesięcy wiem, co chcę sobie kupić :)

A dzisiaj obudziłam się ze świadomością, że to mój „zakupowy dzień” i od rana czuję się tak, jakby była Gwiazdka :) Chyba to właśnie chciałam osiągnąć – odzyskać radość ze sprawiania sobie przyjemności, bo doszłam do etapu, na którym paraliżowały mnie wyrzuty sumienia nawet po wydaniu 20 zł na wyprzedaży w H&M. Świadomość, uważność, akceptacja – tak oto próby poważnych zmian światopoglądowych przekładają się nawet na mój głupkowaty, „babski” blog o pierdółkach. Oby tak dalej.

Mikołaj Glamour

Dobra informacja dla wszystkich fanek Glamour i H&M! Warto kupić najnowszy, grudniowy numer czasopisma. Po pierwsze, jest naprawdę udany – po koszmarnym wydaniu listopadowym (którego do tej pory nie mogę doczytać) niby nie mogło być już gorzej, ale klasa i tematyka artykułów pozytywnie zaskakują. Po drugie dlatego, że w tym roku Mikołaj przyszedł wcześniej i do numeru dołączona jest specjalna karta, uprawniająca do 20 zł zniżki na zakupy w H&M. Rabat jest ważny od 1 do 24 grudnia, można go zrealizować w każdym sklepie, obejmuje wszystkie produkty. Jedynym warunkiem jest wartość zakupów, która nie może być niższa niż 50 zł. Poza kartą, H&M-ową celebrycko-modową gazetką i stosikiem materiałów promocyjnych, w numerze znaleźć można także 2.5-gramową próbkę balsamu do ust Carmex.

No to co – szturmujemy kioski?

Kings & Queens – Emperor Akbar Mango Body Butter + Shower Gel

Spotkałyście się kiedyś z produktami Kings & Queens? To linia greckich kosmetyków naturalnych Korres, w skład której wchodzą produkty pielęgnacyjne o różnorodnych liniach zapachowych, nazwanych imionami historycznych królów i królowych. Pełny asortyment można zobaczyć na tej stronie. W Polsce seria Kings & Queens jest dostępna w perfumerii Douglas. Producent deklaruje, że jego kosmetyki są naturalne, stworzone bez dodatku olejów mineralnych i parabenów, wzbogacone „królewskim mixem owoców granatu, błękitnego lotosu i naturalnym ekstraktem z malachitu”.

Do tej pory miałam styczność z dwiema wersjami, czy też – z jednym królem i z jedną królową :) Jakiś rok temu kupiłam pomarańczowo-cynamonowe mleczko rozświetlające Queen Isabela, a obecnie używam duetu masło do ciała + żel pod prysznic King Akbar o zapachu mango, któremu to właśnie poświęcam dzisiejszą notkę. Na każdym opakowaniu widnieje krótka informacja o władcy, któremu dedykowany jest dany zapach. Z etykietki dowiedziałam się więc, że XVI-wieczny indyjski cesarz Akbar był wielkim miłośnikiem owoców mango, co doprowadziło go do założenia wielce zróżnicowanej plantacji blisko 100 tysięcy drzewek mangowych w sadzie Lakh Bagh. Good to know!

Żel pod prysznic Kings & Queens kosztuje 29,90. Opakowanie zawiera 300 ml produktu i mieści się w estetycznej, choć nieco niepraktycznej butelce (przez nieprzezroczystą, szczelnie oklejającą całe opakowanie etykietę trudno podejrzeć, ile żelu zostało jeszcze w środku). Pachnie sympatycznie: słodkim, dojrzałym mango. Działanie przyzwoite – ma odpowiednią, nie za rzadką konsystencję, dobrze się pieni, nie wysusza skóry. Mimo szumnych zapewnień producenta, skład naturalnością nie powala na kolana – parabenów i olei mineralnych faktycznie brak, ale dziwne konstrukty cyfrowo-słowne budzą mój sceptycyzm. To taki przyjemny średniak o zdecydowanie zawyżonej cenie. Tę butelkę dostałam w prezencie i zużywam ją z dużą przyjemnością, ale sama nie kupię następnej, bo w parze z ceną nie idą żadne nadzwyczajne efekty.

Plusy: 

+ zapach
+ konsystencja
+ wydajność
+ działanie

Minusy: 

– cena

Dużo więcej wątpliwości budzi we mnie masło do ciała. Za tubkę o pojemności 200 ml należy zapłacić 44,90. Opakowanie jest wygodne i estetyczne (lubię zwłaszcza grawerowaną, czarną nakrętkę), a „dzióbek” został dodatkowo zabezpieczony folią, można więc mieć pewność, że nikt przy nim nie majstrował. Jeśli chodzi o skład, ponownie – szału nie ma, ale zwraca uwagę bardzo wysoka pozycja masła shea. Jednak mimo tych wszystkich atutów masło Kings & Queens jest jednym z bardziej upierdliwych nawilżaczy, jakie miałam do tej pory okazję testować. Chodzi przede wszystkim o konsystencję. Używając tego produktu czuję się trochę tak, jakbym nacierała się talkiem. Masło pozostawia na skórze grubą, białą powłokę, którą trzeba intensywnie wcierać i uklepywać przez kilka minut, żeby jako tako się wchłonęła… a to wydłuża czas aplikacji z kilku minut do co najmniej kilkunastu, co dla mnie, jako osoby wiecznie gdzieś spóźnionej i w chronicznym niedoczasie, jest przeszkodą nie do przeskoczenia. Również zapach wydaje się mniej „mangowy” niż w przypadku żelu pod prysznic, bardziej sandałowo-woskowo-drzewny, chociaż nadal (po przyzwyczajeniu się) przyjemny. Trzeba jednak podkreślić, że po włożeniu niebagatelnego wysiłku we wtarcie masła w ciało, skóra do końca dnia pozostaje jedwabiście gładka. Sięgam po nie w kryzysowych sytuacjach, kiedy czuję się naprawdę chropowata, i wtedy sprawdza się niezawodnie.

Plusy:

+ opakowanie
+ długotrwałe nawilżenie nawet bardzo suchej skóry – agent do zadań specjalnych :)

Minusy:

– cena
– czas aplikacji

Jeśli więc jesteście posiadaczkami niewyczerpanych pokładów anielskiej cierpliwości albo skóry wymagającej naprawdę solidnego nawilżania, produkt z serii Kings & Queens może przypaść Wam do gustu. W innym przypadku – chyba lepiej trzymać się z daleka. Chociaż… pozostałe wersje zapachowe kuszą, oj, kuszą (zwłaszcza waniliowo-gruszkowy Król Azteków, cukrowa Królowa Elżbieta i miodowa Nefretiti). Całe szczęście, że w ofercie dostępne są jeszcze peelingi, dezodoranty i mydła :)