3 rzeczy, których nigdy więcej nie kupię

Dzisiejsza pogoda nie nastraja zbyt optymistycznie, a ponieważ męczę się z resztkami grypy, czuję się w pełni usprawiedliwiona, by trochę tu sobie ponarzekać. Listy życzeń i must-have’ów są w kosmetycznej blogosferze dość popularne – na fali zimowego malkontenctwa postanowiłam to odwrócić i przedstawić Wam anty-listę produktów, do których na pewno już nigdy nie wrócę i których nawet za darmo nie dam sobie wcisnąć. Przed Wami zestawienie moich Kosmetycznych Koszmarków.

miss-selene-mini-nail-lacquer-golden-rose_12945_41. Lakiery Miss Selene

Co jakiś czas natykam się na te lakiery na różnych blogach i nieodmiennie dziwi mnie ich pozytywny odbiór. Lakiery Miss Selene są najgorsze, absolutnie najbardziej badziewne ze wszystkich, jakie testowałam (a trochę ich było, uwierzcie). Okej, rozumiem – są małe i tanie, ja też dałam się kiedyś na to skusić. Ale poza ceną i pojemnością wszystko jest na nie: krycie praktycznie zerowe, prześwity możliwe nawet przy 3 warstwach. Pędzelek mini-mini, utrudniający aplikację. Beznadziejna trwałość – przed upływem doby lakier zaczyna odchodzić płatami (może dlatego, że trzeba go aż tyle nałożyć, by cokolwiek zakryć). No i najgorsze: na moich paznokciach Miss Selene w ogóle nie wysycha! Ileż to razy zmarnowałam sobie w ten sposób poranek: zbieram się do wyjścia, bardzo się spieszę, niefrasobliwie operuję rączkami w głębi torebki czy przy guzikach – nie ma czego się bać, przecież malowałam paznokcie godzinę temu, na pewno zdążyły już wyschnąć. A tu hyc, zerkam na ręce i zamiast ładnego manicure’u mam roladki z lakieru i do połowy gołe paznokcie, które trzeba w pośpiechu (i histerii znanej wszystkim notorycznym spóźnialskim) albo szybko zmyć, albo dopaciać tym samym lakierem. I czekając aż wyschnie, ubierać się przy pomocy palców u stóp. Aaa, nigdy więcej! Naprawdę, pisząc to zaczynam myśleć, że za wszystkie moje spóźnienia odpowiada właśnie Miss Selene.

MCX0707BESPLURGE002-medium-new2. Peelingi z polietylenem

Cóż, ponoć człowiek szybko przyzwyczaja się do luksusu. Ostatnio trochę rozpieściłam samą siebie peelingami z prawdziwej soli albo prawdziwego cukru i powrót do zużywania kosmetyków „wzbogaconych” o syntetyczne drobinki ścierające jest naprawdę bolesnym doświadczeniem. Jak już chyba pisałam, niestety, nie mam prysznica. Co za tym idzie, wszystkie zabiegi pielęgnacyjne wykonuję w wannie. A efekt ścierania nierozpuszczalnymi drobinkami jest taki, że wychodząc z wanny, zamiast cieszyć się rozkoszną gładkością skóry po peelingu, muszę się z niego otrzepywać, bo polietylenowe kuleczki zostają na ciele (albo na dnie wanny, gdzie cierpliwie czekają na kolejną ofiarę, do której będą mogły się przyczepić). I na nic dokładne spłukiwanie trzy razy siebie i wanny, bo zawsze jakaś się ostanie. Poza tym naprawdę przyjemniej szorować się cukrem niż plastikiem. 

Na specjalne wyróżnienie w tej kategorii zasługuje peeling gruboziarnisty Joanny z serii Fruit Fantasy w wersji „rajskie jabłuszko” – nie dość, że polietylenowy, to jeszcze wysusza skórę i pachnie tak koszmarnie, że od roku nie mogę go zmęczyć (paskudnym, syntetycznym jabłkiem, narzucającym skojarzenie z wypsikaną tanim odświeżaczem powietrza publiczną toaletą) – bez wątpienia największy „kit” stycznia.

$T2eC16hHJH8E9qSEYO+)BQ4ejPHGIw~~60_353. Krem potrójnie nawilżający Bath & Body Works

Chyba setny raz to piszę, ale: naprawdę uwielbiam Bath & Body Works. Za kompozycje zapachowe, za opakowania, za bardzo rozbudowaną ofertę miniaturek kosmetyków, za wszystko! Z tym większą przykrością muszę napisać: ich triple moisture cream to jakieś nieporozumienie. W większości produktów udało im się połączyć piękny zapach z przyzwoitymi właściwościami pielęgnacyjnymi i zwyczajną wygodą użytkowania – nawilżający krem w tubie pozostaje tu, mam nadzieję, tylko przykrym wyjątkiem potwierdzającym regułę. W porównaniu z balsamami kremy mają gorszy skład, a skórę nawilżają chyba nawet gorzej niż ich „lżejsi” bracia, mimo rzekomo bogatszej receptury. I, co najgorsze, pozostawiają na moim ciele tłusty film, który zamiast ładnie się wchłonąć, roluje się niemiłosiernie przy każdym dotknięciu – bardzo przykry kontrast w porównaniu z błyskawicznie wchłaniającym się balsamem. Zaletą kremów jest cena, niższa o kilka złotych, ale tylko dlatego chyba nie warto się tak męczyć.

Miałyście (nie)przyjemność testować którykolwiek z przedstawionych tu produktów? Zgadzacie się z moim zdaniem? Których kosmetyków Wy nigdy nie więcej nie kupicie?

fot. materiały promocyjne, marieclaire.com

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s