Hit czy kit? Podsumowanie lutego

W zeszłym miesiącu podsumowania miesięcznych rozczarowań i zauroczeń nie było – powodem nie był nawet brak czasu, ale fakt, że żaden z używanych przeze mnie kosmetyków nie zapadł mi w pamięć. Szczęśliwie luty to miesiąc emocjonalnych uniesień ;) i tym razem nie miałam żadnych problemów z typowaniem hitów i kitów. Jeżeli jesteście ciekawe, co moim zdaniem warto kupić, a co lepiej omijać z daleka, zapraszam do lektury.

HITY:

scrub

Greenland – scrub solny

Scrubem 2w1 od holenderskiej firmy zachwycałam się już tutaj. Zdaję sobie sprawę, że może wydawać się drogi, słabo dostępny i absolutnie niepraktyczny, ale mimo wszystko mnie zauroczył. Pięknie pachnie, ma fajny skład (szkoda, że pozostałe produkty z serii nie dorównują mu pod tym względem), dobrze się sprawdza i jako peeling, i jako sól do kąpieli – ostatnio używam go głównie w tej drugiej wersji. Last but not least, produkty Greenland to naprawdę najładniej zapakowane kosmetyki jakie znam. Po wykończeniu kokosowo-mandarynkowej wersji na pewno skuszę się na ten scrub raz jeszcze, tym razem w wydaniu imbirowo-grejpfrutowym :)

sleekPaletka Sleek Shangri-La Respect 

Długo się trzymałam, ale w końcu i ja dołączyłam do grona dumnych posiadaczek sleekowych paletek. I chociaż planowałam zacząć przygodę od Au Naturel, ostatecznie trafiły do mnie zestawy Ultra Matte Darks Shangri-La Respect. Z Darksami (jeszcze) się nie polubiłam, ale Respect uwielbiam od pierwszego użycia – kolorystyka jest fantastyczna, a trwałość i pigmentacja w pełni zadowalające. Używam tej paletki codziennie i obecnie nie wyobrażam sobie bez niej mojego dziennego makijażu, a uwierzcie, że rzadko mi się to zdarza (zwłaszcza jeśli chodzi o kolorówkę). Najbardziej z zestawu spodobały mi się jasnopomarańczowy odcień „Aretha Orange” i metalicznie kawowy „James Brown”. 

nivea1Nivea – waniliowe masełko do ust

O tym produkcie naczytałam się w blogosferze tylu zachwytów, że podczas wybierania nagród do Rozdania po prostu nie mogłam się mu oprzeć :) Masełka Nivei naprawdę robią furorę. Trudno się dziwić, bo to zaskakująco dobry produkt, jak na firmę, która (przynajmniej mnie) przyzwyczaiła do mocno przeciętnych efektów. Wersja waniliowa z makadamią pachnie przepysznie i naprawdę dobrze nawilża. Nie klei się, nie barwi, nie ma smaku – to chyba najlepszy produkt do pielęgnacji ust, który posiadam w swoich (obfitych) zbiorach – według mnie deklasuje i Carmex, i TBS, nie wspominając już o bublowatych nawilżaczach od H&M czy Ziai. Koniecznie muszę sprawdzić pozostałe wersje :)

vinted

Vinted.pl 

Pewnie już wszystkie słyszałyście o tym portalu, bo jakieś 3 tygodnie temu było o nim bardzo głośno w kosmetycznej blogosferze – głównie za sprawą znakomitej akcji promocyjnej, dzięki której za rejestrację i dodanie 5 ubrań można było otrzymać darmowe Shinyboxy :) Ja oczywiście przypomniałam sobie o tym za późno i przegapiłam akcję, ale nawet bez kosmetycznych profitów uważam ten portal za strzał w dziesiątkę. W skrócie: chodzi o wymienianie się ciuchami. Można też sprzedawać, chociaż przyznam szczerze, że przeszczepieni z innych portali aukcyjnych „hurtowi” sprzedawcy budzą na Vinted moją irytację – od handlu jest Allegro, a Vinted to taki wirtualny swap :) Ja w ciągu kilku dni, w zamian za dwie sukienki, których nie miałam na sobie od roku, stałam się dumną posiadaczką sweterka z jeżem i op-artowych legginsów :) Jeśli macie swoje konto na Vinted, koniecznie podrzućcie link w komentarzach, a póki co zapraszam Was na mój profil – kilk tutaj.

KITY:

glossyGlossybox 

Hurra, chyba wyleczyłam się z glossymanii :)) Po grudniowym pudełku (które opisywałam tutaj) byłam mocno rozczarowana. A że akurat skończył mi się wykupiony pakiet, wspięłam się na wyżyny rozsądku i postanowiłam poczekać z następnymi opłatami, aż Glossy ujawni zawartość styczniowego pudełka. Styczniowe w ogóle mnie nie wzięło, więc taki sam manewr powtórzyłam z lutowym… i znowu nic. W ten sposób zaoszczędziłam 100zł (które rzecz jasna i tak wydałam na kosmetyki, znacie ten mechanizm). Nie wiem, czy to Glossy się zepsuło, czy po prostu przeszła mi boxomania…? Na pewno nabrałam sceptycyzmu do polskich pudełek po tym, jak obejrzałam produkty oferowane w wersjach zagranicznych, np. angielskiej czy niemieckiej, do których dorzucają jako pełne produkty lakiery Essie albo paletki Sleek – niebo a ziemia. Chociaż nie powiem – brakuje mi tego comiesięcznego oczekiwania. Póki co uważnie śledzę fanpejdż i w dniu dostawy budzę się podekscytowana jak zwykle, jeszcze w łóżku sprawdzając wpisy dotyczące świeżego pudełka. I jeśli marcowe będzie w stanie mnie zauroczyć, bez chwili wahania wrócę do Glossy – tyle, że coraz bardziej w to wątpię.

reserved_wyprzedaz_2011Polityka wyprzedażowa Reserved

Na blogu Black Dresses pojawił się jakiś czas temu wpis o wyprzedawanych w H&M pozaciąganych rajstopach, ale Reserved przebiło nawet to. Ostatnio w ich flagowym sklepie przy Marszałkowskiej natknęłam się na baardzo zachęcające stoisko z dużymi przecenami. Czar prysł, gdy przyjrzałam się bliżej. Wieszaki zapełniały ubrania na oko sprzed dwóch lat, głównie swetry – wszystkie w najlepszym przypadku „jedynie” zmechacone, w większości zwyczajnie podarte – 3/4 z nich miało albo wielką dziurę przy dekolcie, albo oderwany rękaw. Za takie ubranie drugiej świeżości Reserved życzyło sobie średnio 30-40zł, czyli jakąś połowę pierwotnej stawki. Ge-nial-na okazja, czyż nie? Pomińmy już to, że w niezbyt tanim lumpeksie za 40zł dałoby się kupić nie jeden, a pięć markowych swetrów w lepszym stanie, bardziej niepokoi mnie wizerunek marki – jeżeli przez jeden sezon ciuchy na sklepie zdążyły się aż tak zniszczyć, że odpruwają się rękawy i dekolty, to chyba nie najlepiej świadczy to o jakości oferowanych ubrań, także tych ślicznych, nowiutkich i dużo droższych z nowej kolekcji…

948Push up, srush up 

Mam taki straszny nawyk – raz na jakiś czas przeżywam zryw odchudzania: uczę się na pamięć planu zajęć w pobliskim klubie fitness, godzinami czytam opisy diet i hurtowo kupuję kosmetyki typu „push up”, ewentualnie „be slim”. W dwóch pierwszych przypadkach kończy się zazwyczaj na planowaniu, w trzecim używam kosmetyków przez kilka dni, a potem rzucam je w kąt. Zawsze myślałam, że winę za tę niekonsekwencję ponosimy wyłącznie ja i moje lenistwo, ale… może ja po prostu trafiam na złe kosmetyki? Od początku roku naprawdę starałam się używać tego typu produktów regularnie i nie dałam rady. Wszystkie preparaty wyszczuplające to takie buble, czy to ja mam do nich szczęście? Od Push up kremu Clareny bolą piersi (tak bardzo, że w panice pobiegłam do lekarza – odstawiłam krem i w jeden dzień wszystko przeszło). Push up do biustu Eveline zawiera końską dawkę parabenów, których obecność w preparacie akurat do tej części ciała jest bądź co bądź niepokojąca. Push up Eveline do pośladków nie daje żadnych efektów, nawet nie wygładza skóry. Wszystkie preparaty „Slim Extreme” od Eveline zostawiają paskudną, rolującą się powłoczkę, czego nie znoszę. Nigdy nie trafiłam na dobry, ba! nawet na przyzwoity preparat tego typu, a naprawdę nie oczekuję wiele – tyle, żeby kosmetyk mi nie szkodził. Dla Clareny i Eveline to widocznie zbyt wiele, mimo wszystko…

PS: Moje drugie imię to Grumpy Cat, dlatego o „Kitach” wyszło dużo więcej, wybaczcie, naprawdę lubię sobie ponarzekać :) 

Reklamy

Recenzja: Pat&Rub – rewitalizujący scrub cukrowy

patrub1

Scrub cukrowy od Kingi Rusin już od dawna chodził mi po głowie, więc kiedy w ramach prezentu urodzinowego w moje ręce trafiła karta prezentowa Sephory, od razu wiedziałam, na co wykorzystam zgromadzone na niej środki :) Moje wątpliwości dotyczyły jedynie zapachu, na który powinnam się zdecydować – w końcu z dostępnych opcji wybrałam kombinację żurawiny i cytryny, rzekomo o właściwościach rewitalizujących. I o ile zapach okazał się strzałem w dziesiątkę, o tyle co do rewitalizacji (i działania jako takiego) mam jednak pewne zastrzeżenia.

Skład scrubu wygląda naprawdę smakowicie i pozwala żywić nadzieję, że wszystkie hasła dumnie wypisane na etykiecie przez producenta (anti aging, ujędrnienie, oczyszczenie, wygładzenie, regeneracja, wzmocnienie, odświeżenie zmysłów) to coś więcej niż obietnice bez pokrycia. Zapach linii rewitalizującej jest fantastyczny, najprawdziwsza cytryna – czasem, nawet kiedy go nie używam, odkręcam słoiczek i przez kilka minut wwąchuję się z zachwytem :) Do gustu przypadła mi też konsystencja, która w przypadku scrubu Pat&Rub jest naprawdę zwarta – nie znoszę peelingów-galaretek. Ten przypomina cukrową pastę, nie spływa z dłoni, ale też się nie osypuje, aplikacja przebiega bezproblemowo i przyjemnie.

patrub2

Właściwie mam z tym produktem tylko jeden problem, i to taki, który wiele z Was mogłoby pewnie uznać za zaletę. Ową cechę sygnalizuje zresztą sam producent, pisząc na etykiecie: „Po użyciu Scrubu skóra nie potrzebuje dodatkowo balsamu lub masła po kąpieli”. Otóż to – rewitalizujący scrub Pat&Rub natłuszcza ciało (spójrzcie tylko, ile różnych olejków zawiera – pełny skład na dole notki). Przy okazji natłuszcza też wannę, a także wszystkie ubrania i przedmioty, których po jego użyciu nieopatrznie dotknę. Efekt lepkiej i śliskiej skóry utrzymuje się przez wiele godzin, co mówiąc szczerze nieco mnie drażni. Wolę nieco dyskretniejsze działania i pod tym względem moim zdaniem dużo lepiej wypada czekoladowy scrub TBS, którego używam równolegle – po aplikacji też zostawia olejową powłoczkę na skórze, ale jest ona dużo delikatniejsza i dużo szybciej się wchłania. Mam wrażenie, że w przypadku Pat&Rub, konsystencja jest po prostu trochę zbyt bogata.

Z tego (bądź co bądź subiektywnego powodu) żurawinowy scrub Pat&Rub mnie nie zachwycił. Muszę jednak przyznać, że w moim przypadku fantastycznie sprawdza się w pielęgnacji tych części ciała, które wymagają szczególnej uwagi – codziennie peelinguję nim stopy i łokcie i przy takim zastosowaniu efekty są naprawdę zadowolające :)

Poza sporną kwestią zbytniego natłuszczenia, produkt zasługuje na same pochwały. Pisałam już o zapachu i składzie, do kompletu muszę wspomnieć, że i opakowaniu nie można nic zarzucić. Jeśli chodzi o cenę, faktycznie jest dość wysoka (79zł/450ml), ale w stosunku do składu, wydajności i pojemności słoiczka wydaje mi się całkiem adekwatna. Polecam – ale tylko jeśli lubicie naprawdę treściwe kosmetyki! :)

Peeling odhaczony, a ja już planuję kolejne zakupy. Oferta Pat&Rub od jakiegoś czasu bardzo mnie interesuje, korzystając z promocji „próbkowej” chyba skuszę się na pomarańczowy peeling do ust, na liście mam jeszcze krem do rąk z trawą cytrynową i kokosem, chciałabym też spróbować czegoś z serii rozgrzewającej i jakichś produktów do włosów…

A Wy miałyście styczność z produktami Pat&Rub? Co o nich myślicie?

Skład za patandrub.pl: Sucrose, Vitis Vinifera Seed Oil, Olea Europaea Oil, Orbignya Oleifera Seed Oil, Decyl Cocoate, Butyrospermum Parkii, Cera Alba, Glyceryl Stearate, Jojoba Oil/Simmondsia Chinensis Oil, Olea Europaea Oil, Hydrogenated Vegetable Oil, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Hydrogenated Vegetable Oil, Theobroma Cacao Seed Butter, Parfum, Vaccinium Macrocarpon Fruit Extract, Tocopherol, Beta-Sitosterol, Squalene, Citrus Medica Limonum Peel Oil, Citral, Geraniol, Citronellol, Linalool, Limonene.

Pat & Rub, rewitalizujący scrub cukrowy żurawina i cytryna | 79zł/450ml | dostępny na stronie patandrub.pl i w perfumeriach Sephora. 

Essence – 131 Ballerina’s Charm

Wymyśliłam sobie, że rzucę na zimę urok. Mój gust kosmetyczny dopasowuje się do pór roku i od kilku ładnych miesięcy funkcjonowałam w zapachowo-kolorystycznym trybie zimowym, aż do wczoraj, kiedy to wpatrując się w półkę obstawioną niezliczonymi balsamami o zapachach miodu, wanilii i czekolady zakrzyknęłam „basta”. Ciepłe zapachy do szafy, na światło dzienne produkty świeże: kwiatowe, owocowe, cytrusowe. Lakiery w beżach, brązach, szarościach, ciemnościach na dno pudełka, na wierzch kolory wesołe, pastelowe. Malowałam paznokcie z zamiarem przywołania wiosny wesolutką lawendą, a post factum okazało się, że nałożyłam jeden z bardziej „zimowych” lakierów w mojej kolekcji. Ot, ironia manikiru.

21-02-13-4

Ballerina’s Charm od Essence we flakonie sprawia wrażenie zwyczajnego, jasnego fioletu z delikatnym shimmerem. Jego wygląd na paznokciach mile mnie zaskoczył, bo jest dużo mniej jednoznaczny – fiolet staje się zgaszony, odrobinę beżowy. Dla mnie takie lekko przydymione pastele są idealne właśnie na zimę.

Do pokrycia płytki wystarczą dwie warstwy, dzięki grubemu pędzelkowi aplikacja lakieru jest bezproblemowa i szybka. Nie mam najlepszego zdania o trwałości lakierów od Essence (pierwszy odprysk pojawił się już ok. 2h po malowaniu!), ale jakoś im to wybaczam. Niestety, dopiero na zdjęciach zauważyłam, że essence’owa ballerina tworzy na płytce niezbyt estetyczne grudki. Cóż, tryb makro w aparacie zdecydowanie nie sprzyja pozytywnemu myśleniu o własnych paznokciach :)

21-02-13-3

Mimo wszystkich niedogodności myślę, że Ballerina’s Charm jeszcze nie raz zagości na moich paznokciach – kolor tego lakieru naprawdę mnie zauroczył.

A Wy lubicie lakiery od Essence?

Essence 131 Ballerina’s Charm | 6.99zł/8ml | dostępny w drogeriach Natura, Hebe, SuperPharm. 

O pewnym filmie, pewnej książce i pewnym blogu

Ostatnio na blogu zrobiło się trochę mniej kosmetycznie niż do tej pory – a wszystko za sprawą moich szalonych zakupów z przełomu stycznia i lutego. Dotarło do mnie tyle nowości, że mam prawdziwy kosmetyczny mętlik w głowie i ciężko mi wyrobić sobie określone zdanie na temat jakiegokolwiek produktu. Proszę Was jeszcze o chwilę cierpliwości, a w międzyczasie zapraszam na notkę o niekosmetycznych odkryciach  i wydarzeniach początku roku :)

b3c2e086f180b96a29156b995e1a5fc4Lubicie kryminały? Ja u-wiel-biam! Już kiedy byłam w podstawówce, zaczytywałam się Agathą Christie. Mimo upływu lat nic się nie zmieniło i powieści kryminalne utrzymały się na szczycie mojej listy czytelniczych guilty pleasures, a rozniecone przez Stiega Larssona kryminalne szaleństwo baardzo mnie cieszy. Dlatego z ogromną przyjemnością polecam Wam książkę, którą skończyłam kilka dni temu – Ziarno prawdy Zygmunta Miłoszewskiego. Czytając kryminały, chcąc nie chcąc trzeba się pogodzić z tym, że prowadzenie intrygi spycha na dalszy plan tło obyczajowe albo głębię psychologiczną bohaterów, przez co główne postaci przypominają kukiełki bez sensu przemieszczające się od trupa do trupa. Z drugiej strony, zdarzają się autorzy tak rozmiłowani w niepotrzebnych szczegółach i politycznych ciekawostkach, że w rezultacie fabuła ciągnie się przez kilkaset stron i nic z tego nie wynika. Szczęśliwie, to nie Miłoszewski. Jego kryminały nie są tylko wciągające i sprawnie napisane – przede wszystkim są dopracowane i mądre, a poza soczystymi opisami kolejnych morderstw znaleźć w nich można naprawdę trafne rozpoznania o charakterze egzystencjalnym :) Dodajmy do tego naprawdę ciekawe rozwiązania fabularne (osią Ziarna prawdy jest małomiasteczkowy antysemityzm, a poprzedniego, genialnego Uwikłania – psychoterapia metodą ustawień Hellingera), wielowymiarowego głównego bohatera, w którym można się zakochać, wreszcie nawiązania do literackiej klasyki… oto dowód, że pisanie „dobrego kryminału” i „dobrej literatury” wcale nie musi się wykluczać.

7516848.3Mój chłopak ma ostatnio fazę kinomaniaka, w związku z czym przez ostatni miesiąc obejrzałam z nim miliard filmów, spośród których najbardziej pozytywnie zaskoczył mnie Poradnik pozytywnego myślenia. I chociaż komedie romantyczne to raczej nie moja bajka, ta zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Może dlatego, że para głównych bohaterów to nie „piękni, młodzi i bogaci”, którym miłość potrzebna jest tylko do dopełnienia ładnego obrazka z ciuchami od projektantów, domem z ogródkiem i dobrze płatną pracą, ale ludzie naprawdę skrzywdzeni przez los, i – no cóż – mocno popieprzeni. Już pierwsza scena, w której główny bohater wychodzi po 8 miesiącach z zamkniętego zakładu psychiatrycznego wskazuje, z czym będziemy mieli do czynienia. Poza nieco zbyt przesłodzoną końcówką, przez cały film jest tak właśnie słodko-gorzko. Znana z Igrzysk śmierci Jennifer Lawrence jest piękna, znany z dziesiątek filmów tworzących historię kinematografii Robert DeNiro jest genialny, nawet Bradley Cooper nic nie zepsuł. Poza tym Poradnik… niesie w gruncie rzeczy dość banalne, ale pocieszające przesłanie: niezależnie od tego, jak wielkim świrem jesteś, masz prawo być szczęśliwy, masz prawo robić to, co cię kręci (nawet jeśli nie robisz tego perfekcyjnie), a prędzej czy później znajdziesz drugiego świra, który cię za to pokocha. To film pozytywny, poprawiający humor, a przy tym nie odmóżdżający – polecam!

Na koniec: miło mi poinformować, że rozpoczęłam współpracę z blogiem Lovingit.pl, na którym już niebawem będzie można przeczytać moje teksty o modowych i urodowych nowinkach. Jednak już teraz zachęcam do wizyty, bo to fajne miejsce w sieci dla wszystkich miłośniczek pięknych rzeczy, niezależnie od tego, czy bardziej interesuje Was moda, gotowanie czy wystrój wnętrz :)

A już niebawem w pełnej krasie powrócą posty kosmetyczne: będzie m.in. o moich zmianach w pielęgnacji włosów, o ulubionych pachnidłach, coś o kolorówce i o rozczarowujących masłach do ciała The Body Shop. Spodziewajcie się także większej ilości nowinek modowo-shoppingowych. Generalnie, wszystkiego będzie więcej, a przy tym – mam nadzieję – ciekawiej i lepiej, a zatem: stay tuned!