O pewnym filmie, pewnej książce i pewnym blogu

Ostatnio na blogu zrobiło się trochę mniej kosmetycznie niż do tej pory – a wszystko za sprawą moich szalonych zakupów z przełomu stycznia i lutego. Dotarło do mnie tyle nowości, że mam prawdziwy kosmetyczny mętlik w głowie i ciężko mi wyrobić sobie określone zdanie na temat jakiegokolwiek produktu. Proszę Was jeszcze o chwilę cierpliwości, a w międzyczasie zapraszam na notkę o niekosmetycznych odkryciach  i wydarzeniach początku roku :)

b3c2e086f180b96a29156b995e1a5fc4Lubicie kryminały? Ja u-wiel-biam! Już kiedy byłam w podstawówce, zaczytywałam się Agathą Christie. Mimo upływu lat nic się nie zmieniło i powieści kryminalne utrzymały się na szczycie mojej listy czytelniczych guilty pleasures, a rozniecone przez Stiega Larssona kryminalne szaleństwo baardzo mnie cieszy. Dlatego z ogromną przyjemnością polecam Wam książkę, którą skończyłam kilka dni temu – Ziarno prawdy Zygmunta Miłoszewskiego. Czytając kryminały, chcąc nie chcąc trzeba się pogodzić z tym, że prowadzenie intrygi spycha na dalszy plan tło obyczajowe albo głębię psychologiczną bohaterów, przez co główne postaci przypominają kukiełki bez sensu przemieszczające się od trupa do trupa. Z drugiej strony, zdarzają się autorzy tak rozmiłowani w niepotrzebnych szczegółach i politycznych ciekawostkach, że w rezultacie fabuła ciągnie się przez kilkaset stron i nic z tego nie wynika. Szczęśliwie, to nie Miłoszewski. Jego kryminały nie są tylko wciągające i sprawnie napisane – przede wszystkim są dopracowane i mądre, a poza soczystymi opisami kolejnych morderstw znaleźć w nich można naprawdę trafne rozpoznania o charakterze egzystencjalnym :) Dodajmy do tego naprawdę ciekawe rozwiązania fabularne (osią Ziarna prawdy jest małomiasteczkowy antysemityzm, a poprzedniego, genialnego Uwikłania – psychoterapia metodą ustawień Hellingera), wielowymiarowego głównego bohatera, w którym można się zakochać, wreszcie nawiązania do literackiej klasyki… oto dowód, że pisanie „dobrego kryminału” i „dobrej literatury” wcale nie musi się wykluczać.

7516848.3Mój chłopak ma ostatnio fazę kinomaniaka, w związku z czym przez ostatni miesiąc obejrzałam z nim miliard filmów, spośród których najbardziej pozytywnie zaskoczył mnie Poradnik pozytywnego myślenia. I chociaż komedie romantyczne to raczej nie moja bajka, ta zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Może dlatego, że para głównych bohaterów to nie „piękni, młodzi i bogaci”, którym miłość potrzebna jest tylko do dopełnienia ładnego obrazka z ciuchami od projektantów, domem z ogródkiem i dobrze płatną pracą, ale ludzie naprawdę skrzywdzeni przez los, i – no cóż – mocno popieprzeni. Już pierwsza scena, w której główny bohater wychodzi po 8 miesiącach z zamkniętego zakładu psychiatrycznego wskazuje, z czym będziemy mieli do czynienia. Poza nieco zbyt przesłodzoną końcówką, przez cały film jest tak właśnie słodko-gorzko. Znana z Igrzysk śmierci Jennifer Lawrence jest piękna, znany z dziesiątek filmów tworzących historię kinematografii Robert DeNiro jest genialny, nawet Bradley Cooper nic nie zepsuł. Poza tym Poradnik… niesie w gruncie rzeczy dość banalne, ale pocieszające przesłanie: niezależnie od tego, jak wielkim świrem jesteś, masz prawo być szczęśliwy, masz prawo robić to, co cię kręci (nawet jeśli nie robisz tego perfekcyjnie), a prędzej czy później znajdziesz drugiego świra, który cię za to pokocha. To film pozytywny, poprawiający humor, a przy tym nie odmóżdżający – polecam!

Na koniec: miło mi poinformować, że rozpoczęłam współpracę z blogiem Lovingit.pl, na którym już niebawem będzie można przeczytać moje teksty o modowych i urodowych nowinkach. Jednak już teraz zachęcam do wizyty, bo to fajne miejsce w sieci dla wszystkich miłośniczek pięknych rzeczy, niezależnie od tego, czy bardziej interesuje Was moda, gotowanie czy wystrój wnętrz :)

A już niebawem w pełnej krasie powrócą posty kosmetyczne: będzie m.in. o moich zmianach w pielęgnacji włosów, o ulubionych pachnidłach, coś o kolorówce i o rozczarowujących masłach do ciała The Body Shop. Spodziewajcie się także większej ilości nowinek modowo-shoppingowych. Generalnie, wszystkiego będzie więcej, a przy tym – mam nadzieję – ciekawiej i lepiej, a zatem: stay tuned!

Advertisements

10 thoughts on “O pewnym filmie, pewnej książce i pewnym blogu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s