Kwietniowe denko

Z dumą obwieszczam: wszystko wskazuje na to, że po miesiącach rozszalałego zakupoholizmu nareszcie odzyskałam rozsądek! Od prawie trzech miesięcy udało mi się nie kupić żadnego balsamu (był taki czas, że w zapasie miałam 10 sztuk + 5 aktualnie używanych, huh), dziarsko powstrzymuję się przed większością niepotrzebnych zakupów i dzielnie zużywam zalegające produkty, a moja łazienka pomału przestaje wreszcie przypominać zabałaganioną drogerię :) Dzisiejsze denko, choć skromniejsze niż w poprzednich miesiącach, również napawa mnie sporą satysfakcją. Zatem jeżeli ciekawi Was, jakie kosmetyki udało mi się skończyć w kwietniu, zapraszam do lektury.

d-04-00

Systematycznie zużywam próbki otrzymane przy okazji zakupów w sklepie internetowym Pat&Rub (1). W tym miesiącu testowałam olejek relaksujący o zapachu kokosa i trawy cytrynowej, balsam hipoalergiczny i produkty do włosów – szampon i odżywkę „Łagodność” oraz maskę „Regeneracja”. Olejek urzekł mnie zapachem (już znalazłam jego tańszy odpowiednik), ale działaniem naprawdę zachwyciła mnie maska – czekam na jakąś dobrą promocję na stronie producenta, bo cena 70zł za 250ml mimo genialnego działania wydaje mi się baardzo przesadzona. Oprócz tego do kosza trafiły wreszcie szampony, których już od dawna chciałam się pozbyć, kupione jeszcze przed zmianami we włosowej pielęgnacji: Syoss Substance & Strength (2) i Joanna Naturia z miętą i wrzosem (3) – ten ostatni zużył mój chłopak, bo u mnie powodował wypadanie włosów.

d-04-01

Jeśli chodzi o pielęgnację ciała, skończyłam kolejne z mini-masełek The Body Shop, tym razem czekoladowe (1). To wersja przeznaczona do bardzo suchej skóry, stąd też jej wyjątkowo gęsta konsystencja, do której nie do końca potrafiłam się przekonać. Zużyłam również dwa kolejne podróżne balsamy od Bath&Body Works: zarówno uwodzicielski i dość mroczny Midnight Pomegranate (2), jak i Aruba Coconut (3) z limitowanej wiosennej edycji oczarowały mnie zapachem i – tradycyjnie – bardzo przyzwoicie pielęgnowały skórę. Udało mi się też wreszcie skończyć gruboziarnisty peeling Rajskie jabłuszko z serii Fruit Fantasy Joanny (4), którego zdecydowanie nie polecam – polietylenowy przeciętniak o koszmarnie sztucznym zapachu jabłkowego odświeżacza powietrza, fuj. 

d-04-02

Z uwagi na upływającą datę ważności w ekspresowym tempie pożegnałam drugą butelkę kokosowego mleczka pod prysznic Ziai (1) – uwielbiam słodki, przypominający Rafaello zapach tej serii. Szybko rozprawiłam się także z trzema musującymi kulami do kąpieli Dairy Fun (2). Przyjemny produkt, ale raczej niewart swojej ceny (11.90zł), poza tym nie zauważyłam żadnej różnicy między wariantami zapachowymi poszczególnych kul. O kokosowo-mandarynkowym scrubie Greenland (3) pisałam już wcześniej tutaj – bardzo fajna rzecz, wkrótce mam zamiar uzupełnić zapasy o kolejne opakowanie. I wreszcie żel pod prysznic Apart (4) – denkował co prawda mój chłopak, ale i ja mogę go Wam polecić: kosztuje grosze i ma przepiękny zapach (ciągle tylko zapach i zapach – po tym akapicie widać, którym zmysłem kieruję się podczas zakupów).

d-04-03

W kwietniu skończyłam sporo produktów do pielęgnacji dłoni i stóp. Cukrowy peeling do rąk Paloma Hand SPA (1) działał przyzwoicie, choć jak na mój gust za dużo w nim parafiny. Bardzo przyjemnie rozczarował mnie natomiast silnie nawilżający krem Feet up! od Oriflame (2) – stopy były zdecydowanie gładsze już po jednym użyciu, na pewno jeszcze do niego wrócę. Skończyłam także rossmannowski dezodorant do stóp Fuss Wohl (3) – stała i sprawdzona pozycja, przydająca się zwłaszcza w cieplejszych okresach :) Sporym rozczarowaniem okazał się za to (rzekomo kultowy) krem do rąk z masłem shea od L’Occitane (4), który dostałam za darmo w ramach kwietniowej promocji Glamour – faktycznie wygładzał dłonie, miałam jednak wrażenie, że to bardziej zasługa upchniętych w składzie silikonów niż faktycznie dobroczynnych składników.

d-04-04

Chyba w styczniowym denku zachwycałam się próbką kremu z witaminą E The Body Shop (1) – po zużyciu kolejnych 15ml moje odczucia nie są już tak entuzjastyczne. Jego największym atutem jest z pewnością ekspresowe tempo wchłaniania, ale jeśli chodzi o działanie nawilżające, nie zauważyłam większych efektów. Do śmieci trafił też jedyny przedstawiciel kolorówki w dzisiejszym zestawieniu, czyli tusz StimuLong od Margaret Astor (2). Jakoś nie mogłam się do niego przekonać i jestem baardzo szczęśliwa, że już się skończył – kilka tygodni zajęło mi nauczenie się, jak malować nim rzęsy bez wybrudzenia całej reszty twarzy (przy tej szczoteczce i takiej konsystencji to naprawdę ciężka sztuka). Ochronny płyn do higieny intymnej Ziai (3) to chyba najbardziej długowieczny kosmetyk w mojej łazience: kosztował grosze, a bardzo przyzwoicie służył mi prawie cały rok – na pewno jeszcze do niego wrócę. I wreszcie wychwalana przez mojego chłopaka pianka do golenia Lierac (4) – więcej o niej możecie przeczytać w recenzji męskiej edycji Glossybox, czyli tutaj.

Na koniec małe wytłumaczenie: jak pewnie zauważyłyście, notki na blogu pojawiają się ostatnio nieco rzadziej. Tak jest i jeszcze trochę tak będzie – mimo mojej wiary w cuda wszystko wskazuje na to, że praca magisterska jednak nie napisze się sama. Mimo wszystko obiecuję, że nawet w tych mrocznych czasach blog nie uschnie całkowicie – w głowie mam chyba ze 20 kolejnych notek, które będę systematycznie publikować, tyle że trochę rzadziej niż zwykle :) 

Reklamy

2 thoughts on “Kwietniowe denko

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s