I ♥ …

…czyli kolejny zbiór inspirujących fotek z internetu, tym razem pod wezwaniem świeżych owoców – w końcu lato zobowiązuje i skłania do eksperymentów nawet takie kulinarne beztalencia jak ja. Wczoraj zrobiłam domową lemoniadę według tego przepisu, pancakesy z jagodami są następne w kolejce :)

Truskawki, maliny, jagody czy jeżyny – co wybieracie?

PS: Od dzisiaj jestem także na Facebooku, zapraszam tutaj :)

źródło zdjęć: weheartit.com

Follow on Bloglovin

Essie – Turquoise & Caicos

turqoise-caicos2

manicurePora na drugi z zapowiadanych kolorów Essie: tym razem odcień Turquoise & Caicos. Tak naprawdę cała moja miłość do Essie rozpoczęła się właśnie od tego (najmłodszego w mojej kolekcji) egzemplarza i od lakierowego qui pro quo. Pani pedikirzystka pomalowała mi nim paznokcie, kolor spodobał mi się do tego stopnia, że postanowiłam go sobie kupić, ale pamięć kolorystyczna mnie zawiodła i zamiast bohatera dzisiejszej notki przyniosłam do domu Mint Candy Apple. Ale, jak to bywa z pierwszą miłością, Turquoise & Caicos nie przestawał chodzić mi po głowie i po prostu musiał dołączyć do zbioru przy najbliższej możliwej okazji.

Dwa sąsiadujące ze sobą w palecie Essie kolory w buteleczkach mogą wyglądać podobnie, ale na paznokciach to już zupełnie inna bajka. W porównaniu do Mint Candy Apple odcień Turquoise & Caicos jest zdecydowanie bardziej nasycony, trudno nazywać go pastelowym. Na zdjęciach wyszedł faktycznie turkusowy, w rzeczywistości zielone tony zdecydowanie dominują nad niebieskimi. Wydaje mi się bardzo dobry na lato – może dlatego, że wywołuje skojarzenia z kolorem morskiej wody?

Konsystencja Turquoise & Caicos jest nieco bardziej wodnista w porównaniu do poprzednich lakierów Essie, których miałam okazję używać, dlatego dla pewności nałożyłam trzy warstwy. Przyjemnie zaskakuje natomiast trwałość: w stanie prawie idealnym lakier wytrzymał na moich paznokciach 4 dni, co – jak już kiedyś pisałam – jak na mnie jest naprawdę niemałym sukcesem.

Przy okazji postanowiłam pokazać Wam, jakie kolory jeszcze chodzą mi po głowie. Lights to efekt mojej nowej miłości do różu. A Crewed Interest na zdjęciach wydaje się idealną, rozbieloną brzoskwinią, której bez skutku poszukuję od miesięcy. Cute As A Button Peach Daiquiri – podczas promocji w Hebe tak długo zastanawiałam się, który wybrać, że ostatecznie nie wzięłam żadnego, a kiedy następnego dnia po nie wróciłam (projekt maksymalistyczny), jeden i drugi niestety zdążyły zniknąć. I do kompletu dwie buteleczki w moim ulubionym kolorze, czyli Butler Please In The Cab-Ana (chociaż ten ostatni mogę ewentualnie zastąpić ślicznym Inglotem 389 z wiosennej kolekcji). Przydałoby się drugie Boże Narodzenie w czerwcu :)

lista

Essie Turquoise & Caicos | ok. 35zł / 13.5ml | dostępność: Douglas, Hebe, Super-Pharm, internet. 

Kolorówka: Manhattan x-treme last & shine 33N

manhattan0

recenzjaNie lubię malować ust z wielu względów. Rozmazują się, trzeba je często poprawiać w ciągu dnia, większość szminek podkreśla suche skórki, szminki w płynie brudzą zęby, poza tym w żadnym kolorze nie czuję się dobrze: nude jest zbyt blady, fuksja zbyt różowa, a czerwień za czerwona. Dla tej szminki robię jednak wyjątek i od kilku tygodni – tzn. od osławionej majowej promocji -40% w Rossmannie – praktycznie się z nią nie rozstaję. Panie, panowie, oto moja ukochana pomadka Manhattan x-treme last & shine w kolorze 33N.

Co mnie tak w niej zachwyciło? Kolor! Od kilku miesięcy szaleję na punkcie wszystkiego, co pomarańczowe (poprzedni pomarańczowy zakup – paletkę różów Lace – pokazywałam TUTAJ), ale znalezienie pomadki w tym odcieniu graniczyło z cudem i wszystkie sprawdzane przeze mnie produkty były nie do końca takie, jak chciałam. Za to Manhattanowski 33N jest idealny, bez żadnej domieszki koralowych czy różowych tonów. Chyba wybrałam dobry moment na zakupy, bo taki kolor wydaje mi się wprost stworzony na upalne lato: świetnie podkreśla opaleniznę, a jednocześnie jest tak charakterystyczny, że z powodzeniem można przy nim zrezygnować z malowania oczu – baardzo wakacyjny odcień.

Tak 33N prezentuje się na ustach (wybaczcie dziwny kadr, ale robienie sobie makro-autoportretów to, jak się okazuje, całkiem ciężka sztuka):

manhattan1

Niestety, na zachwytach nad kolorem się kończy – jeśli chodzi o jakość, pomadka wypada baardzo przeciętnie. Zapowiedziany w samej nazwie „x-treme last” można włożyć między bajki, bo po godzinie od aplikacji po szmince nie ma już śladu. Co więcej, pomadka bardzo nierównomiernie się układa, tworzy na powierzchni ust grudki i podkreśla suche skórki. Może także wysuszać usta.

manhattan2

Cała reszta przydatnych informacji: koszt szminki w cenie regularnej to ok. 16zł. Opakowanie jest minimalistyczne i dobre jakościowo, nie ma obawy, że otworzy się w torebce. Podoba mi się także dyskretne wykończenie pomadki, w której zatopiono delikatne, opalizujące drobinki. W praktyce dużo lepiej widać je w szmince i na ręce – szczęśliwie na ustach Manhattan nie daje efektu tandetnego brokatu, a jedynie subtelny i bardzo nienachalny połysk.

Pomadce x-treme last & shine na pewno dużo brakuje do ideału. Mimo wszystko, jej kolor tak mnie zauroczył, że jestem skłonna wybaczyć jej wszystkie jakościowe usterki i czuję, że tego lata zdetronizuje całą resztę mojej kolekcji. Jednak na inne warianty kolorystyczne raczej się nie skuszę.

A Wy macie jakiś szminkowy ideał? I co myślicie o pomarańczce na ustach? :)

Manhattan x-treme last&shine 33N | cena regularna ok. 16zł | dostępna w drogeriach Rossmann. 

Do it yourself: wieszak na biżuterię

wieszak3

Dzisiaj kolejny post z cyklu: „rzeczy tak proste, że nawet Mat potrafi je zrobić”. W dawnych, dziecięcych czasach miałam w pokoju ściany obite korkiem (cudowny wynalazek!) i każdą nową ozdobę wieszałam na pinezce. Niestety, w moim nowym mieszkaniu ściany są już twarde, poza tym zamieszkują je dwa koty, które wszystkie ruszające się rzeczy uważają za potencjalny posiłek, dlatego od kilku lat cała moja biżuteria mieszkała poupychana i poplątana w szufladach i pudełkach. Aż do dziś!

Na pomysł z wykorzystaniem zwykłego wieszaka do organizacji naszyjników trafiłam jakiś czas temu na blogu NiebałagAnki. A ponieważ nic nie psuło mi humoru bardziej, niż poranne rozplątywanie skołtunionych, upchniętych w pudle wisiorków, obiecałam sobie, że zastosuję ten przepis w praktyce w pierwszej wolnej chwili.

Miałam do dyspozycji solidny, drewniany wieszak i wiedziałam, że biżuteria nie będzie wisiała w szafie, tylko w stałym miejscu na widoku (w łazience, do której koty nie mają wstępu), więc zamiast wkręcanych haków sufitowych wykorzystałam zwykłe gwoździe. Rozmieściłam je w odstępach ok. 3cm, pomachałam trochę młotkiem i tak oto stało się nowe: wieszak zyskał nowe życie, pusta ściana w łazience ciekawą ozdobę, a ja mogę nareszcie cieszyć się moją małą kolekcją, która w końcu jest należycie wyeksponowana i – co najważniejsze – teraz nic się nie plącze :)

wieszak1

WIESZAK NA BIŻUTERIĘ:

Potrzebne będą:

  • solidny wieszak z grubego drewna
  • gwoździe
  • młotek
  • centymetr, długopis

Instrukcja:

  • odmierz linijką odległości i długopisem zaznacz miejsca, w które chcesz wbić gwoździe;
  • młotek w dłoń i do dzieła! (takim tchórzom jak ja zamiast palcami polecam przytrzymywanie gwoździa spinaczem do bielizny)
  • powieś wieszak w widocznym miejscu, rozwieś naszyjniki i ciesz oczy :)

wieszak2

Od dwóch dni mam absolutorium i w związku z tym wpadłam w wakacyjny szał porządków – wącham, przestawiam, przebierałam, czuję się trochę jak Sknerus McKwacz. Poza naszyjnikami uporządkowałam już wczoraj ozdoby do włosów, perfumy, szminki i lakiery do paznokci, najwyższa pora na bransoletki i pierścionki – jeśli o to chodzi, moje serce skradła królicza taca ze sklepu Oh deer! (chociaż oczyma wyobraźni już widzę, jak moje koty radośnie turlają jej zawartość po mieszkaniu o czwartej w nocy). 

A jak Wy przechowujecie swoje skarby?