Jak wygląda moja pielęgnacja włosów?

pielegnacja-wlosow1

Taki post obiecywałam już jakiś czas temu, ale jakoś nie mógł powstać. Dlaczego? Przyczyna jest prosta – żadna ze mnie włosomaniaczka. Dopiero od niedawna uczę się, że do pielęgnacji włosów niekoniecznie wystarczy drogeryjny szampon i sporadycznie nakładana odżywka. Wszystkich produktów, które tu zobaczycie, używam od max. 2 miesięcy – wcześniej za cały zestaw pielęgnacyjny służyły mi szampon do włosów delikatnych Syoss i popularna odżywka do włosów suchych Garnier. Efekty takiej „anty-pielęgnacji” łatwo przewidzieć i pod koniec roku stan moich włosów był tak opłakany, że poprawę ich kondycji zapisałam jako pierwsze postanowienie na noworocznej liście.

Jeżeli jesteście ciekawe, co się zmieniło przez te (prawie) trzy miesiące i jakie produkty pielęgnacyjne zasiliły w ostatnim czasie moją łazienkę, zapraszam do lektury. Na wstępie dodam jeszcze, że moje włosy są dość gęste, falowane, od lat w naturalnym odcieniu (ciemny blond/jasny brąz) i w długości mniej więcej do łopatek, a do bardziej troskliwej opieki nad nimi skłoniły mnie: przetłuszczanie przy skórze głowy + jednocześnie bardzo przesuszone końcówki, wypadanie i łamliwość oraz skłonność do puszenia.

pielegnacja-wlosow3Szampon:

Pierwszym krokiem na drodze do lepszej pielęgnacji było wymienienie szamponu Syoss na łagodniejszy odpowiednik. Bazując na wiedzy z „włosomaniackich” blogów szukałam czegoś bez silikonów i SLS-ów i ostatecznie padło na Alterrę, która bardzo dobrze mi służy. Seria jest dostępna w każdym Rossmannie, niedroga, ma fajny skład (dużo naturalnych ekstraktów, brak silikonów, łagodniejsze substancje myjące – zamiast SLES są Lauryl Glucoside i Sodium Coco-Sulfate). Poza tym różne wersje szamponów faktycznie spełniają obiecane na etykiecie funkcje – nabłyszczająca wersja z morelą istotnie nabłyszcza, a zestaw z papają i bambusem, którego używam obecnie, faktycznie dodaje objętości.

Zdaję sobie sprawę, że dla bardziej ortodoksyjnych włosomaniaczek Alterra może być za mocna (głównie przez SCS), ale moim włosom najwyraźniej służy, choć przyzwyczajenie się do tego szamponu zajęło im trochę czasu i na początku nie wyglądały najlepiej. To taka moja „opcja kompromisowa” – mam ochotę na próbę poszukać jeszcze mniej inwazyjnego szamponu, może możecie mi coś polecić? :)

pielegnacja-wlosow5

Odżywki: 

Od stycznia odżywki mają u mnie naprawdę niezły przerób ;) Zgodnie z metodą OMO zawsze zabezpieczam nimi długość włosów przed myciem, często nakładam także po (chyba, że stosuję maskę). Poza tymi przedstawionymi na zdjęciu lubię jeszcze wspomnianego już Garniera z olejkiem z awokado i najbardziej podstawowe tuby z Isany.

Obecnie próbuję skończyć mleczno-miodowy balsam bez spłukiwania z serii „Z Apteczki Babuni” Joanny (1). Chwaliłam go w grudniowym zestawieniu hitów i kitów i miałam wrażenie, że nieźle się sprawdza nakładany po myciu – włosy były dużo łatwiejsze do rozczesania, mniej puszące się, bardziej zdyscyplinowane. Ale jakiś czas temu trafił do mnie ziołowy eliksir Green Pharmacy (o którym niżej) i Joanna nie wytrzymała konfrontacji ;) Najprawdopodobniej zużyję więc resztkę balsamu jako zabezpieczenie przed myciem. Odżywkę Gliss Kur z olejem arganowym i kokosem (2) kupiłam typowo „na nos” – ma fantastyczny zapach, który bardzo długo utrzymuje się na włosach, ale jeśli chodzi o pielęgnację, nie przedstawia wielkiej wartości – jest przeładowana silikonami i obciąża moje włosy. Właściwie do etapu końcowego OMO zdarza mi się stosować tylko bananową odżywkę The Body Shop (3) – pachnie świetnie, jest dość wydajna, ma niezły skład. Cudów nie czyni, ale moim zdaniem robi dokładnie to, co odżywka robić powinna – ułatwia rozczesywanie i zabezpiecza włosy, przy tym ich nie obciążając.

pielegnacja-wlosow4

Przy okazji zaopatrzyłam się też w parę produktów, które do tej pory były mi całkowicie obce – czyli w maski i oleje. Olej kokosowy Parachute (1) jest u mnie od wielu miesięcy:  kupiłam go namówiona przez moją przyjaciółkę, która akurat przeżywała „fazę ajurwedyjską” :) To najbardziej uniwersalny kosmetyk w mojej łazience, służył już do nawilżania ciała, do masażu, do kąpieli, do wytwarzania peelingów i last but not least do olejowania włosów. Podobno moje, czyli (chyba) wysokoporowate włosy nie lubią oleju kokosowego – nie wiem, jeszcze nie sprawdzałam innych, ale Parachute nałożony na długość 1-2 godziny przed myciem działa cuda, naprawdę! Włosy są niesamowicie miękkie, gładkie, odżywione i zdrowo lśniące, aż ich nie poznaję. To bez wątpienia moje największe odkrycie ostatnich miesięcy.

Kupiłam też olejek łopianowy przyspieszający wzrost od Green Pharmacy (2), ale dużo gorzej się sprawdza – nie mogę się zmotywować do regularnego stosowania, bo mam wrażenie, że podrażnia skórę głowy. Niestety nie wypaliła u mnie także mleczna maska Kallos (3), w przypadku której słuszne okazały się ostrzeżenia Poduszki :( Chociaż pierwsze użycie mnie zachwyciło, to kolejne bardzo rozczarowały – po nałożeniu maski miałam wrażenie, że włosy stają się matowe i puszą się dużo bardziej niż zwykle (mimo że używam jej stosunkowo rzadko, 1-2 razy w miesiącu). Cóż, widocznie skoro właścicielka nie znosi mleka, to i włosy się z nim nie polubią :) Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie za to równie popularna w blogosferze maska z granatem i aloesem od Alterry (4). Tak jak w przypadku szamponu, musiałam dać jej trochę czasu, ale było warto – lubię ją głównie ze względu na bardzo przyjemny skład i fakt, że ładnie podkreśla skręt moich włosów. 

pielegnacja-wlosow6

I ostatnia grupa, czyli zbiór produktów do stosowania po myciu. Ziołowy eliksir do zniszczonych włosów Green Pharmacy (1) to moje najnowsze odkrycie – jest bardzo wydajny, kosztuje grosze i naprawdę działa! Ułatwia rozczesywanie, zmniejsza łamliwość, dzięki małemu dodatkowi silikonów zapobiega puszeniu i zapewnia dodatkową ochronę. Lubię mieć też pod ręką coś, co pomoże zdyscyplinować niesforne kosmyki i dodać objętości przyklapniętej fryzurze – w tym celu od lat używam tej samej pianki do włosów kręconych od Isany (2). Ostatnio przeszła mały lifting i jeszcze ładniej pachnie :) W mojej łazience nie może też zabraknąć pierwszej pomocy włosowego lenia, czyli suchego szamponu dla szatynek od Batiste (3). Jest bezkonkurencyjny! Bardzo dobrze oczyszcza włosy, a dzięki dodatkowi barwnika nie pozostawia charakterystycznego, białego nalotu, dzięki czemu cały proces „mycia” jest naprawdę ekspresowy.

*

Przez 2 miesiące świadomej pielęgnacji zauważyłam naprawdę dużą poprawę. Nie powiem, że teraz jest idealnie, ale dużo problemów zniknęło, albo przynajmniej znacząco się zmniejszyło :) Wypadanie i puszenie zostały praktycznie powstrzymane, a włosy wyglądają na zdrowsze, gęstsze i bardziej odżywione.

Zdaje sobie jednak sprawę, że jeśli chodzi o świadomą pielęgnację nadal jestem na początku drogi. Muszę wyrobić sobie nawyk regularnego olejowania włosów, będę też kontynuować poszukiwania idealnych odżywek i masek. Niecierpliwie czekam także na wszystkie Wasze wskazówki, porady i propozycje! 

pielegnacja-wlosow2

Reklamy

Denko listopadowo-grudniowe

d-1112-1

Po krótkiej przerwie, spowodowanej pobytem w domu rodzinnym mojego chłopaka (a co za tym idzie – mniejszym dostępem do internetu i większą ilością mniej interaktywnych rozrywek), wracam do żywych z całą torbą pustych opakowań. Oto, co udało mi się zużyć przez ostatnie dwa miesiące.

d-1112-2

Balsamy, kremy, mleczka: 

  • Dairy Fun – masło do ciała o zapachu karmelizowanego jabłka | szerzej pisałam o nim tutaj. Koszmarek, nie polecam.
  • Isana – krem do ciała kakao & masło shea | kakaowy krem Isany to wakacyjny hicior większości blogerek, również i mój. Na pewno jeszcze do niego wrócę. Pełen opis produktu możecie przeczytać tu.
  • Bath & Body Works – balsam do ciała Warm Vanilla Sugar | mój nabytek w ramach listopadowego rozsądnego shoppingu. Urocze retro opakowanie, fantastyczny zapach, przyzwoite działanie – jestem na tak i korzystając z promocji w B&BW dzisiaj jadę uzupełnić zapasy :)
  • Scottish Fine Soaps – mleczko do ciała Au Lait | Element grudniowego Glossybox, który dostałam w ramach wymiany z przyjaciółką za drenujący koncentrat Tołpy. Teraz trochę żałuję, bo mleczko nie zachwyca ani zapachem, ani działaniem, a próbka 30ml okazała się śmiesznie mała – starczyła raptem na dwa użycia.
  • Kings & Queens – masło do ciała King Akbar | Początki były trudne, bo aplikacja masła wymaga dużo pracy, ale efekt przerasta oczekiwania. Mimo dość wysokiej jak na mój gust ceny (45zł/200ml) na pewno kupię je ponownie w innej wersji zapachowej. Więcej o zestawie Kings & Queens przeczytacie tutaj (w komplecie recenzja żelu pod prysznic, o którym poniżej).

d-1112-3
Pod prysznic:

  • Ziaja – kokosowe mleczko pod prysznic | chociaż ostatnio nie przepadam za Ziają, kokosowe mleczko pod prysznic pozostaje moim pielęgnacyjnym faworytem. Ogromna butla pięknie pachnącego płynu w śmiesznie niskiej cenie. W kolejce czeka jeszcze jedno opakowanie – zużywanie go będzie dla mnie ogromną przyjemnością.
  • Kings & Queens – żel pod prysznic Emperor Akbar | dostałam w komplecie z masłem, ale – w przeciwieństwie do pierwszego elementu dwupaku – raczej do niego nie wrócę, bo to dość drogi zwyklak.
  • Yves Rocher – żel pod prysznic z wakacyjnej edycji Smoothie (mango i marakuja) | Przyjemny, słodki z cierpką nutą, kojarzył mi się z herbatą o smaku egzotycznych owoców. Szkoda, że w regularnej sprzedaży już nie jest dostępny.
  • Oriflame Nature Secrets – złuszczający żel pod prysznic z maliną i miętą | Pełną recenzję przeczytacie tutaj. Trochę się na nim zawiodłam, ale ostatecznie całkiem polubiłam, głównie z powodu świetnego, orzeźwiającego zapachu. Niestety, przy najlepszych chęciach trudno nazwać ten żel „peelingiem”, bo jego działanie złuszczające jest zerowe. Raczej do niego nie wrócę.

d-1112-4

Płyny do kąpieli:

Moje uczulenie na produkty Farmony szczęśliwie nie obejmuje kąpielowej linii Sweet Secret, dlatego z dużą przyjemnością zużyłam dwie ogromne butle czekoladowego mleka do kąpieli i kokosowego olejku do kąpieli. Są tanie (ok. 14zł/500ml), są wydajne, produkują przyzwoite ilości piany, pachną przepięknie. Na pewno jeszcze do nich wrócę i mam nadzieję, że doczekam się płynów także w pozostałych wariantach (zwłaszcza szarlotkowego). Wersję bananowo-kokosową polecam raczej na lato, wersja czekoladowo-pistacjowa jest idealna na zimę.

d-1112-7

  • Malwa – krem do stóp z nanosrebrem | Krem odnaleziony na dnie jakiegoś pudła podczas porządków, zużyty w ekspresowym tempie z racji bardzo krótkiej daty ważności. Nic nadzwyczajnego, ale przyjemny.
  • H&M – waniliowy krem do rąk z masłem shea | Nie polubiliśmy się (to jeden z moich kitów listopada), ale ma jedną niezaprzeczalną zaletę – dzięki malutkiej tubce zmieści się wszędzie, do każdej torebki, do najmniejszej kosmetyczki, dlatego w minionym miesiącu często mi towarzyszył.
  • Figs & Rouge – balsam do ust Peppermint & Tea Tree | To z kolei największy hit tego samego zestawienia, fantastycznie nawilża nie tylko usta, lecz także wszystkie inne przesuszone miejsca (łokcie, skórki). Będę do niego wracać.
  • Batiste – suchy szampon o zapachu wiśni | To też próbka z grudniowego Glossy. Jako niereformowalny leń jestem dużą fanką suchych szamponów, a ten uznałam za bardzo przyzwoity (chyba lepszy niż Isana, której używałam do tej pory). Dobrze oczyszcza, wyczesanie go z włosów nie zajmuje wiele czasu, tylko ten zapach wiśni jakiś trudny do uchwycenia…
  • Juicy Couture – Viva La Juicy! EDT | Druga z próbek Viva La Juicy! Bardzo przyjemny, słodko-dziewczęcy zapach. Polubiłam go do tego stopnia, że na Mikołajki zamówiłam pełnowymiarową wersję :)
  • L’Oréal Nutri Gold Light & Silky na noc | Odkrycie tej jesieni. Krem ładnie pachnie, cena nie jest zaporowa (ok. 40zł/50ml), a co najważniejsze – kondycja mojej skóry widocznie się poprawiła, a to nie lada sukces.

d-1112-9

  • Clean & Clear – głęboko oczyszczający kremowy żel do mycia twarzy | Jeśli chodzi o żele do mycia twarzy, raczej nie przywiązuję się do konkretnych formuł czy marek, nie widzę między nimi większych różnicy. Clean & Clear nie jest wyjątkiem – używało mi się go przyjemnie i bezproblemowo, ale specjalnie za nim nie tęsknię.
  • Isana – pianka do włosów kręconych | Jak już pisałam przy okazji poprzednich denek, ta pianka zapewne będzie się pojawiać w każdym zestawieniu tego typu – to mój must have od kilku ładnych lat…
  • Isana – bezacetonowy zmywacz do paznokci | …tak jak i isanowy zmywacz. Naprawdę dobra jakość za niewielkie pieniądze.

d-1112-10

Saszetki: 

  • próbka wiśniowego balsamu do ust Carmex | dzięki grudniowemu Glamour kultowy Carmex wreszcie trafił w moje ręce. Mam mieszane uczucia: faktycznie bardzo dobrze pielęgnuje usta i gwarantuje długotrwałe nawilżenie, nie mogłam się jednak przyzwyczaić do paskudnego, mentolowego posmaku, jaki zostawiał w buzi.
  • L’Occitane mydełko z werbeną | Próbka dołączona do sierpniowego Glossybox. Przyjemne, dzięki zawartości peelingujących, werbenowych drobinek, ale w cenie regularnej nie kupiłabym go nigdy w życiu.
  • Perfecta SPA maska serum do stóp + wulkaniczny peeling do stóp | Przyjemny duet, pachnie tak samo jak analogiczna duo-saszetka do rąk. Raczej nie używam osobnych peelingów do stóp, a kremów mam pod dostatkiem, ale nie wykluczam, że jeszcze kiedyś do niego wrócę.
  • Rival de Loop – mleczno-miodowa maseczka | O tym produkcie dużo już na blogu napisałam – wszystkie wpisy możecie znaleźć tutaj.
  • H&M – malinowa maseczka oczyszczająca | Klasyczny „produkt nic”, czyli bez szału w żadnym zakresie – ani nie pachnie (miała być malina, czuję bardziej ogórki), ani nie działa, ani nie jest powalająco tania. Dobrze, że przynajmniej mnie nie uczuliła. Nie polecam.
  • Stara Mydlarnia – czekoladowa maska na gorąco | Miłość tego miesiąca – pełną superlatyw recenzję możecie przeczytacie tu.

d-1112-5

Kolorówka: 

  • Essence – podkład Clear & Matt | Przez długi czas mój faworyt wśród podkładów, ostatnio okazał się jednak niewystarczający – matuje, ale bardzo słabo kryje.
  • Happymore BB cream | Próbka dołączona do listopadowego Glossybox. Więcej o kremie pisałam również w zestawieniu listopadowych „hitów i kitów” (Happymore okazało się hitem, oczywiście).
  • Oriflame – maskara Very Me Click It! | Przyjemna, choć polecałabym ją raczej fankom delikatnego efektu czy tzw. make up no make up. Dla osób ceniących bardziej spektakularny look z pewnością okaże się niewystarczająca.

Poza produktami zużytymi, musiałam się także pozbyć kilku produktów przeterminowanych, zalegających o wiele za długo w łazienkowych szufladkach i pudełeczkach. Z „komódki kolorówkowej” poleciały dwa tryptyki cieni Inglot (zdecydowanie nie moje kolory, niestety), podwójny róż Maybeline, zaschnięty na kość brązowy eyeliner Art Deco (ogromna szkoda), czerwony błyszczyk Bell i czarny, brokatowy „błyszczyk do powiek” Miss Sporty, którego chyba nigdy nie użyłam z powodu jego dziwacznej, lepkiej konsystencji.

d-1112-6

Musiałam się także pożegnać z przeterminowanym duetem wyszczuplającym Eveline – szczęśliwie mam już identycznych zastępców z dłuższą datą ważności.

d-1112-8

W tym miesiącu razem ze mną denkował także mój chłopak, który dorzucił do torby nawilżający żel do mycia twarzy Soraya Men Adventure 20+ (wszystko okej jeśli chodzi o działanie i zapach, tylko opakowanie nie wytrzymało i pękło na górze…) oraz próbkę żelu pod prysznic Apart Prebiotic (zapach! zapach! zapach!).

Uff! Mam nadzieję, że dobrą passę w zużywaniu pod koniec roku można potraktować jako wróżbę na rok przyszły – być może 2013 wcale nie będzie Rokiem Węża, jak chcieliby Chińczycy, tylko Rokiem Denka (ewentualnie, wnioskując po powyższym zdaniu, może być również rokiem sucharzastych żartów, ale tego już sobie samej nie życzę).