This is Halloween!

inspimixZ Halloween trochę tak jak z Walentynkami – mam wrażenie, że obchodzenie tych dni nie jest w dobrym tonie, kojarzy się z konformizmem, brakiem patriotyzmu i amerykanizacją. Nie obchodź Halloween, masz przecież swoje Dziady; po co Ci Walentynki, jest przecież Noc Kupały itd. Ja wychodzę jednak z założenia, że każda okazja do świętowania czegokolwiek jest dobra, a Halloween lubię bardzo – może przez mojego sąsiada-przyjaciela z dzieciństwa, który jako pół-Anglik przywiózł do Polski różne dziwne zwyczaje brytyjskich dzieci, może przez moje nastoletnie zamiłowanie do wampirów i powieści grozy, a może po prostu dlatego, że robienie lampionów z dyni i przebieranie się za zombie jest naprawdę fajną zabawą. Dlatego dzisiaj mam dla Was kilka halloweenowych inspiracji, a jutro będzie dodatkowo mała niespodzianka :)

źródło: tumblr.com

A tutaj parę pomysłów, co zrobić z miąższem Halloweenowego lampionu – do zjedzenia i dla urody:

Dyniowy sernik prosto ze słoika (PRZEPIS)

Zapiekanka makaronowa z dynią i brokułem (PRZEPIS)

Pumpkin Spice Latte (PRZEPIS) oraz przepis na przyprawę dyniową

+ 1001 pomysłów na dynię – Festiwal Dyni

+ najprościej, czyli najlepiej – tagliatelle z dynią i szynką parmeńską

Przeciwtrądzikowa maseczka z dyni, jogurtu, oliwy, miodu i migdałów (OPIS DZIAŁANIA)

+ scrub dyniowo-cynamonowy (na pewno wypróbuję!)

+ 4 dyniowe kosmetyki domowej roboty: scrub, maska do włosów, maseczka do twarzy i balsam 

Uff – i co? Nabrałyście ochoty na dynię? Smacznego!

PS: Jeśli lubicie i obchodzicie Halloween, życzę Wam jutro wyjątkowo przerażających horrorów i żebyście zebrały duuużo cukierków. Tym, co nie lubią, życzę po prostu, żeby przez weekend udało się Wam wypocząć (mnie szkoła niestety w tej kwestii popsuła szyki). 

DIY: Przepis na łososia z warzywami i mozarellą

Wiecie, co przede wszystkim motywowało mnie podczas pisania? Myśl o wszystkich przyjemnych rzeczach, które będę mogła robić, gdy już będę miała czas. Proste, codzienne obowiązki – porządkowanie, sprzedawanie niepotrzebnych rzeczy, gotowanie – stały się dla mnie spełnieniem marzeń. Kiedyś zmotywowanie się do zmywania naczyń zajmowało cały dzień, teraz bawię się w kurkę domową w poczuciu absolutnej euforii – choćby dlatego warto było wreszcie uporać się z pracą :)

A ponieważ jeden z efektów tych euforycznych prac domowych został przez nas uwieczniony na zdjęciach, dzisiaj w kategorii „do it yourself” mam dla Was przepis na obiad. Jak wszystko, co robię własnymi rączkami, jest szybki i śmiesznie prosty, a w ramach bonusu – całkiem zdrowy i przepyszny :) Mat couisine przedstawia: zapiekany łosoś z warzywami i mozarellą.

losios

Składniki: 

  • warzywa na patelnię – ja wykorzystałam pyszną mieszankę grecką z Biedronki: ziemniaki, brokuły, kukurydza, cebula, pieczarki + przyprawa, która bardzo dobrze komponuje się z daniem.
  • filet z łososia (u mnie ok. 300g)
  • czosnek (3 ząbki były akurat – nadawały aromat, ale nie zdominowały potrawy)
  • 1 kula sera mozarella 
  • 1-2 łyżki masła 
  • sól, pieprz i przyprawy – u mnie te dołączone do mieszanki greckiej.

Przygotowanie: 

  1. Rozmroziłam warzywa, ułożyłam je w żaroodpornym naczyniu i posypałam odrobiną przyprawy.
  2. Filet z łososia opłukałam, osuszyłam, obrałam ze skóry (no dobrze, tak naprawdę zrobił to mój chłopak), pokroiłam na mniejsze kawałki, z obu stron posypałam solą i pieprzem, ułożyłam na warzywach w brytfance.
  3. Następnie na łososiu ułożyłam plasterki masła, posypałam całość przyprawami i posiekanym czosnkiem.
  4. Tak przygotowaną potrawę należy zapiekać ok. 20 minut w piekarniku rozgrzanym do ok. 180 stopni. Na 2-3 minuty przed wyjęciem ułożyć na wierzchu plasterki mozarelli i jeszcze chwilę pozapiekać, aż ser się roztopi.

Tak prezentuje się efekt końcowy:

losios2

Łosoś + warzywa to chyba najbardziej sycące połączenie świata :) Spokojnie wystarczyło nam na dwa obiady i wyszło dużo lepiej, niż się spodziewaliśmy. Om nom nom!

Skorzystałam z przepisu znalezionego tutaj.

Do it yourself: wieszak na biżuterię

wieszak3

Dzisiaj kolejny post z cyklu: „rzeczy tak proste, że nawet Mat potrafi je zrobić”. W dawnych, dziecięcych czasach miałam w pokoju ściany obite korkiem (cudowny wynalazek!) i każdą nową ozdobę wieszałam na pinezce. Niestety, w moim nowym mieszkaniu ściany są już twarde, poza tym zamieszkują je dwa koty, które wszystkie ruszające się rzeczy uważają za potencjalny posiłek, dlatego od kilku lat cała moja biżuteria mieszkała poupychana i poplątana w szufladach i pudełkach. Aż do dziś!

Na pomysł z wykorzystaniem zwykłego wieszaka do organizacji naszyjników trafiłam jakiś czas temu na blogu NiebałagAnki. A ponieważ nic nie psuło mi humoru bardziej, niż poranne rozplątywanie skołtunionych, upchniętych w pudle wisiorków, obiecałam sobie, że zastosuję ten przepis w praktyce w pierwszej wolnej chwili.

Miałam do dyspozycji solidny, drewniany wieszak i wiedziałam, że biżuteria nie będzie wisiała w szafie, tylko w stałym miejscu na widoku (w łazience, do której koty nie mają wstępu), więc zamiast wkręcanych haków sufitowych wykorzystałam zwykłe gwoździe. Rozmieściłam je w odstępach ok. 3cm, pomachałam trochę młotkiem i tak oto stało się nowe: wieszak zyskał nowe życie, pusta ściana w łazience ciekawą ozdobę, a ja mogę nareszcie cieszyć się moją małą kolekcją, która w końcu jest należycie wyeksponowana i – co najważniejsze – teraz nic się nie plącze :)

wieszak1

WIESZAK NA BIŻUTERIĘ:

Potrzebne będą:

  • solidny wieszak z grubego drewna
  • gwoździe
  • młotek
  • centymetr, długopis

Instrukcja:

  • odmierz linijką odległości i długopisem zaznacz miejsca, w które chcesz wbić gwoździe;
  • młotek w dłoń i do dzieła! (takim tchórzom jak ja zamiast palcami polecam przytrzymywanie gwoździa spinaczem do bielizny)
  • powieś wieszak w widocznym miejscu, rozwieś naszyjniki i ciesz oczy :)

wieszak2

Od dwóch dni mam absolutorium i w związku z tym wpadłam w wakacyjny szał porządków – wącham, przestawiam, przebierałam, czuję się trochę jak Sknerus McKwacz. Poza naszyjnikami uporządkowałam już wczoraj ozdoby do włosów, perfumy, szminki i lakiery do paznokci, najwyższa pora na bransoletki i pierścionki – jeśli o to chodzi, moje serce skradła królicza taca ze sklepu Oh deer! (chociaż oczyma wyobraźni już widzę, jak moje koty radośnie turlają jej zawartość po mieszkaniu o czwartej w nocy). 

A jak Wy przechowujecie swoje skarby?

DIY: Najlepszy peeling to domowy peeling :)

Nigdy nie sądziłam, że na tym blogu pojawi się jakikolwiek post z cyklu „do it yourself”. Mam dwie lewe ręce (chociaż właściwie, jako osoba leworęczna, powinnam napisać – dwie prawe) i myśl o robieniu czegokolwiek samodzielnie napawa mnie przerażeniem. Poza tym ciężko mi się przekonać do kosmetyków domowej roboty – zawsze ze zgrozą myślałam o walających się po całym mieszkaniu półproduktach, zabrudzonej łazience itp. A jednak! Ten peeling jest tak prosty i tak mało wymagający, że spokojnie poradzicie sobie z jego wykonaniem nawet z zamkniętymi oczami. Za to efekty biją na głowę wszystkie drogeryjne specyfiki.

SKŁADNIKI:

Do wykonania cukrowego scrubu kokosowego potrzebne będą tylko dwa składniki:

  • najzwyklejszy cukier
  • olej kokosowy (dostępny w ofercie większości internetowych drogerii i w sklepach ajurwedyjskich, swój olej w ofercie ma chyba także TBS)

Ja korzystałam z Parachute, którego mimo wszystko nie polecam ze względu na baardzo niepraktyczne opakowanie. Jeśli akurat nie macie oleju kokosowego pod ręką, myślę, że nada się jakikolwiek inny, a nawet oliwa z oliwek – różnicą będzie tylko zapach :)

Warto też przygotować pojemnik na gotowy peeling (tu wreszcie przydał się słoiczek po soli z Dairy Fun) i miarkę, którą będziemy odmierzać składniki – proporcje są dość istotne.

scrub-1

INSTRUKCJA:

Lista kroków do wykonania jest równie długa jak lista składników :)

  1. Przygotowujemy odpowiednią ilość cukru. Proporcja cukru do oleju powinna wynosić 4:1, ja odsypałam 4 miseczki, ale oczywiście można się posługiwać szklankami, filiżankami czy czymkolwiek innym, jak Wam wygodnie – limitem jest tylko pojemność pojemnika na gotowy kosmetyk :) 
  2. Przesypujemy cukier do pojemnika.
  3. Odlewamy odpowiednią ilość oleju kokosowego – w moim przypadku była to jedna miseczka.
  4. Dodajemy olej do pojemnika z cukrem.
  5. Już prawie gotowe :)
  6. Dokładnie mieszamy cukier z olejem, aż do uzyskania jednolitej konsystencji. Peeling zrobiony wg przepisu powinien być dość sypki.

scrub-2

DZIAŁANIE:

Taki peeling cukrowy domowej roboty to jeden z ostrzejszych zdzieraków, z jakimi kiedykolwiek miałam do czynienia – nie polecam używać go na suchą skórę. Bardzo dobrze radzi sobie z martwym naskórkiem, skóra jest wyraźnie gładsza i bardziej napięta. Dzięki dodatkowi oleju kokosowego skóra po użyciu peelingu jest delikatnie natłuszczona, ale olejowa warstewka szybko się wchłania i absolutnie nie jest uciążliwa. Używanie balsamu do ciała nie jest już konieczne. Jedyny minus, jaki zauważyłam, to konsystencja – chociaż naprawdę dokładnie wymieszałam składniki i pilnowałam proporcji, peeling jest dla mnie nieco zbyt sypki – może ten problem rozwiązałoby dodanie kilku kropel kokosowego żelu pod prysznic…?

scrub-3

Cóż, całkowicie niespodziewanie znalazłam swój nowy ulubiony kosmetyk. Dobrze złuszcza, dobrze nawilża, nie zawiera polietylenu, nie pozostawia brudnej obwódki na wannie (jak peeling kawowy), jego wykonanie zajmuje może dwie minuty. Polecam :)

Przepis na kokosowy scrub cukrowy znalazłam na stronie The Pinterest Project.