Marcowe denko

Jak mijają Wam święta? Moje upływają pod znakiem Listów Słowackiego i porządkowania przestrzeni. Zanim zabiorę się za stertę nieuprasowanych ubrań i kuchenne szafki, postanowiłam uporać się z marcowym denkiem. Jak zwykle – jest tego dość dużo, a że ostatnio jakoś mi wychodzi niekupowanie zbędnych kosmetyków, moje zapasy wreszcie zaczynają się kurczyć (co niezmiernie mnie cieszy).

d-03-1

Tradycyjnie zaczynam od produktów do nawilżania ciała. W tym miesiącu udało mi się wykończyć cztery (+ małą próbkę rozgrzewającego masła Pat&Rub, której nie ma na zdjęciach). O czekoladowym maśle Starej Mydlarni (1) pisałam już tutaj – tragedii nie było, ale jego skład i właściwości mocno mnie rozczarowały. Skończyłam też pierwsze z czterech posiadanych przeze mnie maseł The Body Shop (2) – wersja Sweet Lemon pachnie przepysznie, jak cytrynowe lody, ale zdecydowanie wolę lżejszą formułę balsamów od TBS. Balsam Carried Away od Bath&Body Works (3) to przede wszystkim piękny zapach, o dziwo idący w parze z przyzwoitymi właściwościami pielęgnacyjnymi (powinnam raczej napisać „wygładzającymi” – dużo, dużo silikonów). I wreszcie mleczko z bio-olejkiem arganowym od Ziai (4), które zrecenzowałam już w tej notce

d-03-2

Z okazji urodzin kupiłam sobie w The Body Shop także minizestaw Chocomania. Czekoladowe masło i nawilżacz do ust jeszcze czekają w kolejce, póki co udało mi się skończyć jedynie scrub do ciała (1) i żel pod prysznic (2). Jeden i drugi bardzo mi się spodobały i planuję wkrótce uzupełnić zapasy o bardziej adekwatne do pory roku wersje zapachowe. Bardzo przyjemnie zużywało mi się także musujące kostki do kąpieli z Sephory (3), które istotnie musowały (wbrew pozorom rzadkość), a przy tym nie wysuszały skóry. Nie mogę tego niestety powiedzieć o karmelowym płynie do kąpieli Luksji (4), z którym zdecydowanie się nie polubiliśmy, dlatego – mimo pięknego zapachu – nie będę do niego wracać.

d-03-3

W pielęgnacji twarzy bez większych zmian – obecnie co prawda planuję małą rewolucję i eliminację drogeryjnych produktów, ale w marcu denkowałam zapasy. Peelingująco-rewitalizujący żel do mycia twarzy Garniera (1) to całkowity przeciętniak, od innych produktów tego typu odróżniał go tylko ładny zapach. Zużyłam też drugi słoik kremu L’Oreal Nutri Gold Light&Silky (2), ale wersja na dzień nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak pierwszy, nocny słoiczek. Rozczarowała mnie też truskawkowa-waniliowa maseczka Rival de Loop (3) o działaniu równie anemicznym jak jej (chemiczno-waniliowy) zapach. Balsam Cetaphil (4) to z kolei denko mojego chłopaka – produkt kultowy, mnie jakoś nie zachwyca, chociaż jego wydajność jest faktycznie nie z tej ziemi.

d-03-4

Pielęgnacja włosów upłynęła pod znakiem Rossmanna. Zużyłam moją pierwszą butelkę morelowego szamponu Alterry (1) i baardzo się polubiliśmy (więcej pisałam o tym w poprzedniej notce o pielęgnacji włosów). Skończyłam także podstawową isanowską odżywkę w odmianie różowej (2). Drażnił mnie jej zapach i żadnych cudów wynikających z jej regularnego stosowania nie zauważyłam, ale właściwie kupiłam ją wyłącznie z myślą o zabezpieczaniu włosów przed myciem. W kryzysowej sytuacji dobrze sprawdziła się także jako pianka do golenia ;) Pianka do włosów kręconych Isana (3) pojawia się w każdym tego typu zestawieniu – naprawdę nie mam większych wymagań, jeśli chodzi o stylizację :) Do zużyciowego worka trafił także żel/szampon [3D] MENSION od Schwarzkopf (4) – jeden z pełnowymiarowych produktów dołączonych do męskiego Glossybox. Dziwny! Pachnie świeżo skoszoną trawą, albo pokrzywą jak twierdzi tester-mój chłopak. Mimo to doczekał się wielu komplementów, począwszy od designu opakowania, na dobrym działaniu oczyszczającym skończywszy.

d-03-5

Stawkę zamyka kilka produktów „bez kategorii”. Limitowana edycja mydła w płynie od Isany (1) okazała się jednym z piękniej pachnących specyfików, jakich kiedykolwiek używałam: idealnie zimowy zapach, przypominający grzane wino. Mam szczerą nadzieję, że w przyszłym roku będzie znów dostępna. Ładnie pachniał (i niczym więcej się nie wyróżniał) także bawełniany żel pod prysznic od Lirene (2). Do kosza trafiły jeszcze kolejne opakowanie isanowskiego zmywacza (3) i dezodorant Isana Med (4) – czytałam w internecie sporo narzekań, ale w moim (mało problemowym) przypadku sprawdzał się bez zarzutu.

To wszystko. Jak przystało na świąteczną słomianą wdowę zabieram się do wielkich porządków, a Wam oczywiście życzę wesołych świąt – spędzajcie je dokładnie tak, jak chcecie! :)

Reklamy

Zużycia styczniowe

Kolejny miesiąc intensywnego denkowania za mną. Tym razem torba na puste opakowania wypełniła się tak szybko, że postanowiłam nie czekać z publikacją „zużyciowego” posta do końca lutego, tylko już teraz pokazać Wam, które kosmetyki udało mi się wreszcie wykończyć. Tradycyjnie były wśród nich takie, do których wracam i będę wracać, i takie, których zużycie po wielu miesiącach męczarni było ogromnym sukcesem.

d-01-1

Masła, kremy, balsamy: 

  • Perfecta SPA, kakaowe masło do ciała – pozostałość z czasów, kiedy jeszcze lubiłam się z Perfectą, obecnie za bardzo przeszkadza mi ilość parafiny, którą ładują do swoich produktów. Wersja kakaowa ładnie pachnie i przyzwoicie nawilża, niestety, pozostawia na skórze tłustą, rolującą się warstwę. Pomimo narzekań pewnie jeszcze kiedyś do niego wrócę, jakoś tęsknię za Perfectą kiedy długo jej nie używam :)
  • Fruttini, balsam czekoladowo-żurawinowy – pięknie pachnie, taniutki, skład koszmarny. I ponoć skóra po nim robi się bardzo gorzka! Więcej tutaj.
  • Bath & Body Works, krem potrójnie nawilżający Vanilla Bean Noel – szerzej pisałam o nim tu. Przyjemny, ale po dłuższym czasie zapach może zmęczyć. Poza tym słabo się wchłania. Jeśli chodzi o B&BW, pozostanę przy balsamach.
  • Wellness & Beauty, mleczko vanille & macadamia – kiedyś bardzo często go używałam, podczas porządków znalazłam zachomikowaną buteleczkę z resztką produktu. Mleczko jest trochę męczące we współpracy (wsmarowywanie, czas wchłaniania), ale bardzo lubię je za zapach i naprawdę przyzwoity jak na tę cenę skład.
  • The Body Shop, masło do ciała Vanilla Bliss – za jego zapach dałabym się pokroić. Używałam bardzo oszczędnie, głównie na ręce – po pierwsze dlatego, że wolniej go ubywało, po drugie (niestety) na innych partiach ciała nie zdawało egzaminu tak dobrze, nawilżało średnio. Mimo wszystko – zapach! skład! opakowanie! Całe szczęście, że mam jeszcze zapasowe 200ml :)

d-01-2

Pielęgnacja włosów:

  • Timotei, szampon + odżywka „Jedwabista miękkość” – nie polubiliśmy się. Żadnych pozytywów, włosy po użyciu były poplątane i „wymęczone”, wypadały. Na plus można policzyć chyba tylko opakowanie i ładny zapach. Na pewno do niego nie wrócę.
  • Natei, szampon do włosów przetłuszczających się – biedronkowa „podróba Timotei”, zużyta przez mojego chłopaka. W tej cenie (chyba 4zł/500ml) to naprawdę przyzwoity produkt, śmiało może konkurować z innymi drogeryjnymi specyfikami.
  • Garnier Ultra Doux, odżywka awokado + karite – bardzo lubiana w blogosferze – i słusznie! Używam jej już od kilku lat i regularnie do niej wracam.
  • Isana, suchy szampon – bardzo lubiłam ten szampon, dopóki nie odkryłam Batiste. Widocznie odświeża, ładnie pachnie, bardzo wydajny. Niestety, dość trudno go „wyczesać”. Poza tym isanowskie opakowania produktów do włosów z tą straszną panią o wyjątkowo jasnych włosach i wyjątkowo ciemnych brwiach jakoś godzą w moje poczucie estetyki…

d-01-3

Kąpiel + peeling:

  • Ziaja, czekoladowy peeling myjący – koszmar minionej jesieni, bez dwóch zdań. Konsystencja galarety, polietylenowe drobinki i obrzydliwie chemiczny zapach sprawiły, że męczyłam się z nim prawie pół roku. Recenzowałam go już tutaj, ale wtedy byłam chyba bardziej wyrozumiała. Jestem pewna, że już nigdy przenigdy do niego nie wrócę, a za wytrzymałość przy zużywaniu tego opakowania należy mi się jakiś puchar, albo przynajmniej dyplom. 
  • Original Source, płyn do kąpieli raspberry & vanilla milk – mój ulubiony zapach OS, tym razem w kąpielowej wersji. Bardzo ładne opakowanie i przyzwoita piana, ale butla starczyła raptem na 3-4 użycia (wydajność wszystkich produktów OS w ogóle woła o pomstę do nieba).
  • Eroni, mleczny puder do kąpieli o zapachu czekolady – ten produkt też odstał swoje, męczyłam się z nim prawie rok. Bardzo przeciętny. Sympatyczne opakowanie, niska cena i słodki zapach niestety nie wystarczą. Jeżeli chodzi o działanie, puder przede wszystkim barwi wodę – w ogóle się nie pieni, a zapach jest bardzo krótkotrwały. Raczej do niego nie wrócę.
  • Joanna Naturia, peeling antycellulitowy z kawą – lubię joannową wersję zapachu kawy, jest dość realistyczna. Kiedyś bardzo lubiłam tę serię peelingów, obecnie staram się odchodzić od „sztucznych” zdzieraków, więc przez jakiś czas pewnie do nich nie wrócę.

d-01-5

Maseczki, próbki, saszetki: 

W tym miesiącu niewiele nowości – tradycyjnie pojawia się stały zestaw, złożony z maseczki czekoladowej od Starej Mydlarni, saszetki „domowy manicure” Perfecty maseczki mleczno-miodowej Rival de Loop. Po raz pierwszy przetestowałam dwa produkty:

  • Stara Mydlarnia, maseczka Hot Coffee – dzięki której wyjaśniła się tajemnica różnic w konsystencji, zapachu i działaniu maski czekoladowej w saszetce i w słoiczku (szczegóły tej zagadki znajdziecie tutaj). Otóż ktoś źle nakleił etykietę i moja maska czekoladowa w słoiku okazała się tak naprawdę maską kawową(!). Narzekałam na „słoiczkową” wersję, saszetka Hot Coffee też nie zdobyła mojego serca – zapach nie ma zbyt wiele wspólnego z kawą, nie zauważyłam też żadnych pielęgnacyjnych efektów jej stosowania. Czekoladowa wersja jest o niebo lepsza!
  • The Body Shop, Vitamin E Moisture Cream – za to temu kremowi muszę przyjrzeć się bliżej. Ma bardzo lekką konsystencję, ekspresowo się wchłania, a przy tym naprawdę porządnie nawilża skórę – po jednym użyciu wydaje się ciekawym kandydatem na „krem poranny”, nakładany tuż przed make upem.

d-01-4

…i cała reszta:

  • Clarena, krem push up – próbka z sierpniowego Glossy. Nie polecam; mam wrażenie, że mnie podrażnił (swędzenie skóry, a nawet bóle piersi, które ustąpiły tuż po odstawieniu).
  • Ziaja, płyn dwufazowy do demakijażu – w przeciwieństwie do bublowatego płynu micelarnego z tej samej serii, dwufazowiec Ziai naprawdę daje radę, nawet w starciu z mocnym albo wodoodpornym makijażem. Must have.
  • Figs & Rouge, balsam do ust – drugie opakowanie dostałam od przyjaciółki, której dołączony do wrześniowego Glossyboxu balsam niestety nie przypadł do gustu. Mój wielokrotnie wyrażany na blogu zachwyt Figs & Rouge trochę przygasł, odkąd stosuje Carmex, mimo wszystko puszeczkę zużyłam z dużą przyjemnością.
  • Isana, mydło w płynie mango & orange – lubię isanowskie mydła, w tej wersji jednak nie spodobał mi się zapach.
  • Fa, dezodorant NutriSkin – wychodzę z założenia, że nie da się napisać nic ciekawego o dezodorantach, więc nawet przy okazji denka raczej o nich nie wspominam. O tym muszę, bo dawno nie używałam tak brzydko pachnącego antyperspirantu. Wiem, że to przecież nie perfumy, ale wszystkie dotychczasowe dezodoranty pachniały po pierwsze jako tako przyjemnie, po drugie – na tyle subtelnie, że nie zabijały innych nakładanych na ciało zapachów. Ten od Fa śmierdział czymś dziwnym i to na tyle intensywnie, że przebijał się przez perfumowany balsam albo perfumy. Yuck!
  • Farmona, kokosowy krem do rąk i paznokci –  przyjemniaczek. Działanie nie jest może spektakularne, ale na pewno zauważalne. Poza tym naprawdę pięknie pachnie.

I to już wszystko. Jak na jeden miesiąc, chyba trochę się tego uzbierało. Szkoda tylko, że w styczniu kupiłam jeszcze więcej, niż zdołałam zużyć…

Zużycia – sierpień 2012

Pierwszy post z cyklu zużyć. Z dumą oznajmiam, że w sierpniu udało mi się skończyć następujące kosmetyki:

1. Soraya Piękne Ciało – balsam do ciała wyszczuplająco-antycellulitowy | Skusiła mnie kampania promocyjna, uczucia mieszane, chociaż raczej na plus. Tu znajdziecie pełną recenzję. Niestety, balsam nie załapał się na zdjęcia.

2. Ziaja – waniliowe masło do ciała | Mój faworyt jeśli chodzi o masła do ciała (no dobrze, mój wicefaworyt, wygrywa masło kokosowe z tej samej serii). Na dnie pudła z zapasami znalazłam końcówkę i zużyłam ją z wielką przyjemnością. Pełna recenzja jest tutaj, ze zdjęciami również nie zdążyłam.

3. Garnier Naturalna Pielęgnacja – odżywka do włosów suchych i zniszczonych (awokado i masło karité) | Drugie opakowanie odżywki Garniera, w zapasie mam jeszcze trzecie. Lubię tę wersję, faktycznie widać, że działa – włosy są dużo łatwiejsze do rozczesania, nie puszą się i generalnie wyglądają zdrowiej. Ale uwaga: tylko zimą! Latem pod jej działaniem moje włosy (które mają może nieznaczną tendencję do przesuszania się, ale generalnie są raczej „normalne”) wyglądały na przetłuszczone i oklapnięte. Z pewnością zużyję kolejną tubkę, ale poczekam z tym, aż za oknem zrobi się nieco chłodniej.

4. Ziaja Blubel – owocowy balsam nawilżający (wersja „na fioletowo”, z jagodą i porzeczką) | Szerzej pisałam o nim tutaj, zapach bardzo mi się spodobał, działanie zauważalne, na pewno jeszcze do niego wrócę. Tylko jeden minus (ale za to duży): w pewnym momencie pompka przestaje dawać radę. Musiałam rozciąć opakowanie i okazało się, że balsamu w środku wystarcza jeszcze spokojnie na 4-5 zużyć.

5. Nivea Visage Pure Effect All In One – żel, peeling, maska | Taki średniak, ale ja nie zwracam szczególnej uwagi na żele do mycia twarzy. Drobinki peelingujące wyczuwalne, choć jednocześnie dość delikatne (w tym przypadku to plus). Jako żel do mycia sprawdzał się przyzwoicie – kiepsko się pienił, ale nie wysuszał i zauważalnie oczyszczał twarz. Najgorzej działał chyba jako maseczka, po każdym zastosowaniu moja twarz była nieprzyjemnie napięta. Generalnie oceniam na 4, może kiedyś jeszcze do niego wrócę.

6. Ziaja – szampon figowy do włosów normalnych | Szalenie wydajny i tani szampon, używałam go codziennie chyba ze 3 miesiące. Jeśli chodzi o działanie to taki przeciętniaczek, tragedii nie było, ale bez odżywki włosy stawały się ciężkie do rozczesania i nieprzyjemne w dotyku. W zapasie mam jeszcze wersję aloesową na zimę, do tej raczej nie wrócę.

7. Farmona Sweet Secret – migdałowy balsam do ciała | W dość pochlebnej recenzji napisałam, że tym razem mnie nie uczula, tuż po publikacji jednak zaczął :) Na dnie została sama końcóweczka, więc bez skrupułów wyrzucam.

8. Yves Rocher Anti-Casse – wzmacniająca baza do paznokci | Niestety nie zdążyłam zużyć, bo baza zaschła na kamień (produkty od Yves Rocher naprawdę trzeba szybko kończyć). Nie jestem specjalistką od wszelkiego rodzaju baz czy wzmacniaczy, w każdym razie cudownych efektów nie zauważyłam, choć sprawowała się przyzwoicie.