Dobre dla dłoni: Isana 5% Urea + Palmer’s Cocoa Butter Formula

kremy1

polecamDo pielęgnacji dłoni podchodzę niestety z przeświadczeniem, że lepsze jest wrogiem dobrego. Na co dzień jestem z nich bardzo zadowolona, nie sprawiają mi problemów, skóra jest gładka i dobrze nawilżona bez używania żadnych konkretnych specyfików. Dlatego o kremach przeznaczonych specjalnie do pielęgnacji rąk przypominam sobie głównie w okresie jesienno-zimowym, kiedy przez niskie temperatury i rozkręcone ogrzewanie dopada je sezonowe przesuszenie. Jesienią rekompensuję dłoniom stracony czas i zapewniam im turbo-dawkę nawilżaczy. Dzisiaj chciałabym więc polecić Wam dwa kremy, które w ostatnim czasie wpadły w moje (nomen omen) ręce i naprawdę dobrze spisują się w tej roli.

kremy2

Palmer’s Cocoa Butter Formula – hands, elbows, knees & feet concentrated cream 

Marka Palmer’s kusiła mnie od dłuższego czasu. Sprawę przypieczętowało październikowe pudełko Glossybox, w którym pojawił się balsam brązujący tej marki. Pudełek od dłuższego czasu nie kupuję, bloga selekcjonerki edycji – Kasi Tusk – nie czytam, a mimo wszystko po obejrzeniu fotografii zawartości na blogach pobiegłam do drogerii, by wybrać z oferty Palmer’s coś dla siebie – ot, potęga marketingu! A ponieważ staram się zachować resztki rozsądku i kupować to, czego mam najmniej, zamiast wybierać pięćdziesiąty balsam do ciała albo setny żel pod prysznic, chwyciłam kakaowy krem przeznaczony do miejsc wymagających szczególnego nawilżenia: dłoni, łokci, kolan  i stóp.

Krem Palmer’s pachnie przepięknie, jak najprawdziwsze kakao – ilekroć go używam, mój chłopak pyta, dlaczego w pokoju pachnie czekoladą. Wysokie miejsca w składzie kosmetyku zajmują naturalne nawilżacze: masło kakaowe, olej kokosowy, olej palmowy. Jest też niestety parę mniej lubianych składników, jak olej mineralny, glikol propylenowy czy silikony (pełną listę podaję na dole notki). Na szczęście działanie kremu rekompensuje mi jego niezbyt fajny skład – pod tym względem Palmer’s sprawdza się świetnie. Dzięki skoncentrowanej formule jest bardzo wydajny, rewelacyjnie nawilża dłonie, szybciutko się wchłania i nie pozostawia na skórze tłustej warstwy. No i nie można nie doceniać jego aromaterapeutycznego wpływu – w końcu cóż lepiej poprawia humor w jesienne popołudnia niż piękny, utrzymujący się na dłoniach czekoladowy zapach? :)

Krem kosztuje ok. 10-15zł za 60g, na pewno jest dostępny w sklepach internetowych i w sieci drogerii Cosmedica. 

kremy4

Isana – krem do rąk 5% Urea 

Ta niepozorna, niezbyt piękna biało-czerwona tubka kryje świetny produkt za śmiesznie niskie pieniądze – cena regularna kremu Isany wynosi niecałe 6zł za 100ml. Skład kremu jest dość sympatyczny: na drugim miejscu olej sojowy, są też mocznik i masło shea. Podobnie jak Palmer’s, krem z Rossmanna jest dość gęsty, a przez to bardzo wydajny. Podoba mi się także bliżej niezidentyfikowany, ale bez wątpienia przyjemny dla nosa zapach z delikatną, kwiatową nutką. Isana wchłania się nieco wolniej niż Palmer’s, a dodatkowo na jakiś czas po aplikacji pokrywa dłonie lepkim filmem – jeśli nakładam krem na noc, zupełnie mi to nie przeszkadza, ale za dnia potrafi być nieco irytujące. Same efekty nawilżające są w przypadku obu kremów bardzo podobne: szorstkie od zimna dłonie błyskawicznie stają się mięciutkie i gładziutkie. Za Isaną przemawia też oczywiście cena i dostępność – krem znajdziecie w każdym Rossmannie. Są też inne wersje, ale jeszcze ich nie wypróbowałam.

*

Na korzyść kremu Palmer’s przemawia przepiękny zapach i szybkość wchłaniania, z kolei Isana zbiera punkty za fajny skład, cenę i dostępność. Jeden i drugi wydają mi się propozycjami godnymi polecenia na obecny sezon – obie tubki zużyję z niekłamaną przyjemnością.

Miałyście do czynienia z którymś z kremów? A może znalazłyście swój prywatny „krem wszechczasów”? Czekam na Wasze propozycje :)

kremy5

SKŁAD Isana: Aqua, Glycine Soia Oil, Glycerin, Urea, Sodium Lactate, Cethyl Alcohol, Stearic Acid, Glyceryl Stearate SE, Caprylic/Capric Triglyceride, Butyrospermum Parkii Butter, Cera Alba, Panthenol, Carbomer, Parfum, Tocopheryl Acetate, Phenoxyethanol, Sodium Hydroxide, Xanthan Gum, Linalool, Hexyl Cinnamal, Citronellol.

SKŁAD Palmer’s: Acqua, Theobroma Cacao (Cocoa) Extract, Petrolatum, Propylene Glycol Stearate, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Glycerin, Propylene Glycol, Glyceryl Stearate, Cetyl Alcohol, Mineral Oil (Paraffinum Liquidum), Theobroma Cacao (Cocoa) Butter, Elaeis Guineensis (Palm) Oil, Dimethicone, Tocopheryl Acetate, Ascorbyl Palmitate (Vitamin C), Retinyl Palmitate (Vitamin A), PEG-8 Stearate, Hydroethylcellulose, Behentrimonium Methosulfate, Cetearyl Alcohol, Stearalkonium Chloride, Fragrance (Parfum), Benzyl Alcohol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Yellow 5, Orange 4.

Reklamy

Marcowe denko

Jak mijają Wam święta? Moje upływają pod znakiem Listów Słowackiego i porządkowania przestrzeni. Zanim zabiorę się za stertę nieuprasowanych ubrań i kuchenne szafki, postanowiłam uporać się z marcowym denkiem. Jak zwykle – jest tego dość dużo, a że ostatnio jakoś mi wychodzi niekupowanie zbędnych kosmetyków, moje zapasy wreszcie zaczynają się kurczyć (co niezmiernie mnie cieszy).

d-03-1

Tradycyjnie zaczynam od produktów do nawilżania ciała. W tym miesiącu udało mi się wykończyć cztery (+ małą próbkę rozgrzewającego masła Pat&Rub, której nie ma na zdjęciach). O czekoladowym maśle Starej Mydlarni (1) pisałam już tutaj – tragedii nie było, ale jego skład i właściwości mocno mnie rozczarowały. Skończyłam też pierwsze z czterech posiadanych przeze mnie maseł The Body Shop (2) – wersja Sweet Lemon pachnie przepysznie, jak cytrynowe lody, ale zdecydowanie wolę lżejszą formułę balsamów od TBS. Balsam Carried Away od Bath&Body Works (3) to przede wszystkim piękny zapach, o dziwo idący w parze z przyzwoitymi właściwościami pielęgnacyjnymi (powinnam raczej napisać „wygładzającymi” – dużo, dużo silikonów). I wreszcie mleczko z bio-olejkiem arganowym od Ziai (4), które zrecenzowałam już w tej notce

d-03-2

Z okazji urodzin kupiłam sobie w The Body Shop także minizestaw Chocomania. Czekoladowe masło i nawilżacz do ust jeszcze czekają w kolejce, póki co udało mi się skończyć jedynie scrub do ciała (1) i żel pod prysznic (2). Jeden i drugi bardzo mi się spodobały i planuję wkrótce uzupełnić zapasy o bardziej adekwatne do pory roku wersje zapachowe. Bardzo przyjemnie zużywało mi się także musujące kostki do kąpieli z Sephory (3), które istotnie musowały (wbrew pozorom rzadkość), a przy tym nie wysuszały skóry. Nie mogę tego niestety powiedzieć o karmelowym płynie do kąpieli Luksji (4), z którym zdecydowanie się nie polubiliśmy, dlatego – mimo pięknego zapachu – nie będę do niego wracać.

d-03-3

W pielęgnacji twarzy bez większych zmian – obecnie co prawda planuję małą rewolucję i eliminację drogeryjnych produktów, ale w marcu denkowałam zapasy. Peelingująco-rewitalizujący żel do mycia twarzy Garniera (1) to całkowity przeciętniak, od innych produktów tego typu odróżniał go tylko ładny zapach. Zużyłam też drugi słoik kremu L’Oreal Nutri Gold Light&Silky (2), ale wersja na dzień nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak pierwszy, nocny słoiczek. Rozczarowała mnie też truskawkowa-waniliowa maseczka Rival de Loop (3) o działaniu równie anemicznym jak jej (chemiczno-waniliowy) zapach. Balsam Cetaphil (4) to z kolei denko mojego chłopaka – produkt kultowy, mnie jakoś nie zachwyca, chociaż jego wydajność jest faktycznie nie z tej ziemi.

d-03-4

Pielęgnacja włosów upłynęła pod znakiem Rossmanna. Zużyłam moją pierwszą butelkę morelowego szamponu Alterry (1) i baardzo się polubiliśmy (więcej pisałam o tym w poprzedniej notce o pielęgnacji włosów). Skończyłam także podstawową isanowską odżywkę w odmianie różowej (2). Drażnił mnie jej zapach i żadnych cudów wynikających z jej regularnego stosowania nie zauważyłam, ale właściwie kupiłam ją wyłącznie z myślą o zabezpieczaniu włosów przed myciem. W kryzysowej sytuacji dobrze sprawdziła się także jako pianka do golenia ;) Pianka do włosów kręconych Isana (3) pojawia się w każdym tego typu zestawieniu – naprawdę nie mam większych wymagań, jeśli chodzi o stylizację :) Do zużyciowego worka trafił także żel/szampon [3D] MENSION od Schwarzkopf (4) – jeden z pełnowymiarowych produktów dołączonych do męskiego Glossybox. Dziwny! Pachnie świeżo skoszoną trawą, albo pokrzywą jak twierdzi tester-mój chłopak. Mimo to doczekał się wielu komplementów, począwszy od designu opakowania, na dobrym działaniu oczyszczającym skończywszy.

d-03-5

Stawkę zamyka kilka produktów „bez kategorii”. Limitowana edycja mydła w płynie od Isany (1) okazała się jednym z piękniej pachnących specyfików, jakich kiedykolwiek używałam: idealnie zimowy zapach, przypominający grzane wino. Mam szczerą nadzieję, że w przyszłym roku będzie znów dostępna. Ładnie pachniał (i niczym więcej się nie wyróżniał) także bawełniany żel pod prysznic od Lirene (2). Do kosza trafiły jeszcze kolejne opakowanie isanowskiego zmywacza (3) i dezodorant Isana Med (4) – czytałam w internecie sporo narzekań, ale w moim (mało problemowym) przypadku sprawdzał się bez zarzutu.

To wszystko. Jak przystało na świąteczną słomianą wdowę zabieram się do wielkich porządków, a Wam oczywiście życzę wesołych świąt – spędzajcie je dokładnie tak, jak chcecie! :)

Jak wygląda moja pielęgnacja włosów?

pielegnacja-wlosow1

Taki post obiecywałam już jakiś czas temu, ale jakoś nie mógł powstać. Dlaczego? Przyczyna jest prosta – żadna ze mnie włosomaniaczka. Dopiero od niedawna uczę się, że do pielęgnacji włosów niekoniecznie wystarczy drogeryjny szampon i sporadycznie nakładana odżywka. Wszystkich produktów, które tu zobaczycie, używam od max. 2 miesięcy – wcześniej za cały zestaw pielęgnacyjny służyły mi szampon do włosów delikatnych Syoss i popularna odżywka do włosów suchych Garnier. Efekty takiej „anty-pielęgnacji” łatwo przewidzieć i pod koniec roku stan moich włosów był tak opłakany, że poprawę ich kondycji zapisałam jako pierwsze postanowienie na noworocznej liście.

Jeżeli jesteście ciekawe, co się zmieniło przez te (prawie) trzy miesiące i jakie produkty pielęgnacyjne zasiliły w ostatnim czasie moją łazienkę, zapraszam do lektury. Na wstępie dodam jeszcze, że moje włosy są dość gęste, falowane, od lat w naturalnym odcieniu (ciemny blond/jasny brąz) i w długości mniej więcej do łopatek, a do bardziej troskliwej opieki nad nimi skłoniły mnie: przetłuszczanie przy skórze głowy + jednocześnie bardzo przesuszone końcówki, wypadanie i łamliwość oraz skłonność do puszenia.

pielegnacja-wlosow3Szampon:

Pierwszym krokiem na drodze do lepszej pielęgnacji było wymienienie szamponu Syoss na łagodniejszy odpowiednik. Bazując na wiedzy z „włosomaniackich” blogów szukałam czegoś bez silikonów i SLS-ów i ostatecznie padło na Alterrę, która bardzo dobrze mi służy. Seria jest dostępna w każdym Rossmannie, niedroga, ma fajny skład (dużo naturalnych ekstraktów, brak silikonów, łagodniejsze substancje myjące – zamiast SLES są Lauryl Glucoside i Sodium Coco-Sulfate). Poza tym różne wersje szamponów faktycznie spełniają obiecane na etykiecie funkcje – nabłyszczająca wersja z morelą istotnie nabłyszcza, a zestaw z papają i bambusem, którego używam obecnie, faktycznie dodaje objętości.

Zdaję sobie sprawę, że dla bardziej ortodoksyjnych włosomaniaczek Alterra może być za mocna (głównie przez SCS), ale moim włosom najwyraźniej służy, choć przyzwyczajenie się do tego szamponu zajęło im trochę czasu i na początku nie wyglądały najlepiej. To taka moja „opcja kompromisowa” – mam ochotę na próbę poszukać jeszcze mniej inwazyjnego szamponu, może możecie mi coś polecić? :)

pielegnacja-wlosow5

Odżywki: 

Od stycznia odżywki mają u mnie naprawdę niezły przerób ;) Zgodnie z metodą OMO zawsze zabezpieczam nimi długość włosów przed myciem, często nakładam także po (chyba, że stosuję maskę). Poza tymi przedstawionymi na zdjęciu lubię jeszcze wspomnianego już Garniera z olejkiem z awokado i najbardziej podstawowe tuby z Isany.

Obecnie próbuję skończyć mleczno-miodowy balsam bez spłukiwania z serii „Z Apteczki Babuni” Joanny (1). Chwaliłam go w grudniowym zestawieniu hitów i kitów i miałam wrażenie, że nieźle się sprawdza nakładany po myciu – włosy były dużo łatwiejsze do rozczesania, mniej puszące się, bardziej zdyscyplinowane. Ale jakiś czas temu trafił do mnie ziołowy eliksir Green Pharmacy (o którym niżej) i Joanna nie wytrzymała konfrontacji ;) Najprawdopodobniej zużyję więc resztkę balsamu jako zabezpieczenie przed myciem. Odżywkę Gliss Kur z olejem arganowym i kokosem (2) kupiłam typowo „na nos” – ma fantastyczny zapach, który bardzo długo utrzymuje się na włosach, ale jeśli chodzi o pielęgnację, nie przedstawia wielkiej wartości – jest przeładowana silikonami i obciąża moje włosy. Właściwie do etapu końcowego OMO zdarza mi się stosować tylko bananową odżywkę The Body Shop (3) – pachnie świetnie, jest dość wydajna, ma niezły skład. Cudów nie czyni, ale moim zdaniem robi dokładnie to, co odżywka robić powinna – ułatwia rozczesywanie i zabezpiecza włosy, przy tym ich nie obciążając.

pielegnacja-wlosow4

Przy okazji zaopatrzyłam się też w parę produktów, które do tej pory były mi całkowicie obce – czyli w maski i oleje. Olej kokosowy Parachute (1) jest u mnie od wielu miesięcy:  kupiłam go namówiona przez moją przyjaciółkę, która akurat przeżywała „fazę ajurwedyjską” :) To najbardziej uniwersalny kosmetyk w mojej łazience, służył już do nawilżania ciała, do masażu, do kąpieli, do wytwarzania peelingów i last but not least do olejowania włosów. Podobno moje, czyli (chyba) wysokoporowate włosy nie lubią oleju kokosowego – nie wiem, jeszcze nie sprawdzałam innych, ale Parachute nałożony na długość 1-2 godziny przed myciem działa cuda, naprawdę! Włosy są niesamowicie miękkie, gładkie, odżywione i zdrowo lśniące, aż ich nie poznaję. To bez wątpienia moje największe odkrycie ostatnich miesięcy.

Kupiłam też olejek łopianowy przyspieszający wzrost od Green Pharmacy (2), ale dużo gorzej się sprawdza – nie mogę się zmotywować do regularnego stosowania, bo mam wrażenie, że podrażnia skórę głowy. Niestety nie wypaliła u mnie także mleczna maska Kallos (3), w przypadku której słuszne okazały się ostrzeżenia Poduszki :( Chociaż pierwsze użycie mnie zachwyciło, to kolejne bardzo rozczarowały – po nałożeniu maski miałam wrażenie, że włosy stają się matowe i puszą się dużo bardziej niż zwykle (mimo że używam jej stosunkowo rzadko, 1-2 razy w miesiącu). Cóż, widocznie skoro właścicielka nie znosi mleka, to i włosy się z nim nie polubią :) Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie za to równie popularna w blogosferze maska z granatem i aloesem od Alterry (4). Tak jak w przypadku szamponu, musiałam dać jej trochę czasu, ale było warto – lubię ją głównie ze względu na bardzo przyjemny skład i fakt, że ładnie podkreśla skręt moich włosów. 

pielegnacja-wlosow6

I ostatnia grupa, czyli zbiór produktów do stosowania po myciu. Ziołowy eliksir do zniszczonych włosów Green Pharmacy (1) to moje najnowsze odkrycie – jest bardzo wydajny, kosztuje grosze i naprawdę działa! Ułatwia rozczesywanie, zmniejsza łamliwość, dzięki małemu dodatkowi silikonów zapobiega puszeniu i zapewnia dodatkową ochronę. Lubię mieć też pod ręką coś, co pomoże zdyscyplinować niesforne kosmyki i dodać objętości przyklapniętej fryzurze – w tym celu od lat używam tej samej pianki do włosów kręconych od Isany (2). Ostatnio przeszła mały lifting i jeszcze ładniej pachnie :) W mojej łazience nie może też zabraknąć pierwszej pomocy włosowego lenia, czyli suchego szamponu dla szatynek od Batiste (3). Jest bezkonkurencyjny! Bardzo dobrze oczyszcza włosy, a dzięki dodatkowi barwnika nie pozostawia charakterystycznego, białego nalotu, dzięki czemu cały proces „mycia” jest naprawdę ekspresowy.

*

Przez 2 miesiące świadomej pielęgnacji zauważyłam naprawdę dużą poprawę. Nie powiem, że teraz jest idealnie, ale dużo problemów zniknęło, albo przynajmniej znacząco się zmniejszyło :) Wypadanie i puszenie zostały praktycznie powstrzymane, a włosy wyglądają na zdrowsze, gęstsze i bardziej odżywione.

Zdaje sobie jednak sprawę, że jeśli chodzi o świadomą pielęgnację nadal jestem na początku drogi. Muszę wyrobić sobie nawyk regularnego olejowania włosów, będę też kontynuować poszukiwania idealnych odżywek i masek. Niecierpliwie czekam także na wszystkie Wasze wskazówki, porady i propozycje! 

pielegnacja-wlosow2

Zużycia styczniowe

Kolejny miesiąc intensywnego denkowania za mną. Tym razem torba na puste opakowania wypełniła się tak szybko, że postanowiłam nie czekać z publikacją „zużyciowego” posta do końca lutego, tylko już teraz pokazać Wam, które kosmetyki udało mi się wreszcie wykończyć. Tradycyjnie były wśród nich takie, do których wracam i będę wracać, i takie, których zużycie po wielu miesiącach męczarni było ogromnym sukcesem.

d-01-1

Masła, kremy, balsamy: 

  • Perfecta SPA, kakaowe masło do ciała – pozostałość z czasów, kiedy jeszcze lubiłam się z Perfectą, obecnie za bardzo przeszkadza mi ilość parafiny, którą ładują do swoich produktów. Wersja kakaowa ładnie pachnie i przyzwoicie nawilża, niestety, pozostawia na skórze tłustą, rolującą się warstwę. Pomimo narzekań pewnie jeszcze kiedyś do niego wrócę, jakoś tęsknię za Perfectą kiedy długo jej nie używam :)
  • Fruttini, balsam czekoladowo-żurawinowy – pięknie pachnie, taniutki, skład koszmarny. I ponoć skóra po nim robi się bardzo gorzka! Więcej tutaj.
  • Bath & Body Works, krem potrójnie nawilżający Vanilla Bean Noel – szerzej pisałam o nim tu. Przyjemny, ale po dłuższym czasie zapach może zmęczyć. Poza tym słabo się wchłania. Jeśli chodzi o B&BW, pozostanę przy balsamach.
  • Wellness & Beauty, mleczko vanille & macadamia – kiedyś bardzo często go używałam, podczas porządków znalazłam zachomikowaną buteleczkę z resztką produktu. Mleczko jest trochę męczące we współpracy (wsmarowywanie, czas wchłaniania), ale bardzo lubię je za zapach i naprawdę przyzwoity jak na tę cenę skład.
  • The Body Shop, masło do ciała Vanilla Bliss – za jego zapach dałabym się pokroić. Używałam bardzo oszczędnie, głównie na ręce – po pierwsze dlatego, że wolniej go ubywało, po drugie (niestety) na innych partiach ciała nie zdawało egzaminu tak dobrze, nawilżało średnio. Mimo wszystko – zapach! skład! opakowanie! Całe szczęście, że mam jeszcze zapasowe 200ml :)

d-01-2

Pielęgnacja włosów:

  • Timotei, szampon + odżywka „Jedwabista miękkość” – nie polubiliśmy się. Żadnych pozytywów, włosy po użyciu były poplątane i „wymęczone”, wypadały. Na plus można policzyć chyba tylko opakowanie i ładny zapach. Na pewno do niego nie wrócę.
  • Natei, szampon do włosów przetłuszczających się – biedronkowa „podróba Timotei”, zużyta przez mojego chłopaka. W tej cenie (chyba 4zł/500ml) to naprawdę przyzwoity produkt, śmiało może konkurować z innymi drogeryjnymi specyfikami.
  • Garnier Ultra Doux, odżywka awokado + karite – bardzo lubiana w blogosferze – i słusznie! Używam jej już od kilku lat i regularnie do niej wracam.
  • Isana, suchy szampon – bardzo lubiłam ten szampon, dopóki nie odkryłam Batiste. Widocznie odświeża, ładnie pachnie, bardzo wydajny. Niestety, dość trudno go „wyczesać”. Poza tym isanowskie opakowania produktów do włosów z tą straszną panią o wyjątkowo jasnych włosach i wyjątkowo ciemnych brwiach jakoś godzą w moje poczucie estetyki…

d-01-3

Kąpiel + peeling:

  • Ziaja, czekoladowy peeling myjący – koszmar minionej jesieni, bez dwóch zdań. Konsystencja galarety, polietylenowe drobinki i obrzydliwie chemiczny zapach sprawiły, że męczyłam się z nim prawie pół roku. Recenzowałam go już tutaj, ale wtedy byłam chyba bardziej wyrozumiała. Jestem pewna, że już nigdy przenigdy do niego nie wrócę, a za wytrzymałość przy zużywaniu tego opakowania należy mi się jakiś puchar, albo przynajmniej dyplom. 
  • Original Source, płyn do kąpieli raspberry & vanilla milk – mój ulubiony zapach OS, tym razem w kąpielowej wersji. Bardzo ładne opakowanie i przyzwoita piana, ale butla starczyła raptem na 3-4 użycia (wydajność wszystkich produktów OS w ogóle woła o pomstę do nieba).
  • Eroni, mleczny puder do kąpieli o zapachu czekolady – ten produkt też odstał swoje, męczyłam się z nim prawie rok. Bardzo przeciętny. Sympatyczne opakowanie, niska cena i słodki zapach niestety nie wystarczą. Jeżeli chodzi o działanie, puder przede wszystkim barwi wodę – w ogóle się nie pieni, a zapach jest bardzo krótkotrwały. Raczej do niego nie wrócę.
  • Joanna Naturia, peeling antycellulitowy z kawą – lubię joannową wersję zapachu kawy, jest dość realistyczna. Kiedyś bardzo lubiłam tę serię peelingów, obecnie staram się odchodzić od „sztucznych” zdzieraków, więc przez jakiś czas pewnie do nich nie wrócę.

d-01-5

Maseczki, próbki, saszetki: 

W tym miesiącu niewiele nowości – tradycyjnie pojawia się stały zestaw, złożony z maseczki czekoladowej od Starej Mydlarni, saszetki „domowy manicure” Perfecty maseczki mleczno-miodowej Rival de Loop. Po raz pierwszy przetestowałam dwa produkty:

  • Stara Mydlarnia, maseczka Hot Coffee – dzięki której wyjaśniła się tajemnica różnic w konsystencji, zapachu i działaniu maski czekoladowej w saszetce i w słoiczku (szczegóły tej zagadki znajdziecie tutaj). Otóż ktoś źle nakleił etykietę i moja maska czekoladowa w słoiku okazała się tak naprawdę maską kawową(!). Narzekałam na „słoiczkową” wersję, saszetka Hot Coffee też nie zdobyła mojego serca – zapach nie ma zbyt wiele wspólnego z kawą, nie zauważyłam też żadnych pielęgnacyjnych efektów jej stosowania. Czekoladowa wersja jest o niebo lepsza!
  • The Body Shop, Vitamin E Moisture Cream – za to temu kremowi muszę przyjrzeć się bliżej. Ma bardzo lekką konsystencję, ekspresowo się wchłania, a przy tym naprawdę porządnie nawilża skórę – po jednym użyciu wydaje się ciekawym kandydatem na „krem poranny”, nakładany tuż przed make upem.

d-01-4

…i cała reszta:

  • Clarena, krem push up – próbka z sierpniowego Glossy. Nie polecam; mam wrażenie, że mnie podrażnił (swędzenie skóry, a nawet bóle piersi, które ustąpiły tuż po odstawieniu).
  • Ziaja, płyn dwufazowy do demakijażu – w przeciwieństwie do bublowatego płynu micelarnego z tej samej serii, dwufazowiec Ziai naprawdę daje radę, nawet w starciu z mocnym albo wodoodpornym makijażem. Must have.
  • Figs & Rouge, balsam do ust – drugie opakowanie dostałam od przyjaciółki, której dołączony do wrześniowego Glossyboxu balsam niestety nie przypadł do gustu. Mój wielokrotnie wyrażany na blogu zachwyt Figs & Rouge trochę przygasł, odkąd stosuje Carmex, mimo wszystko puszeczkę zużyłam z dużą przyjemnością.
  • Isana, mydło w płynie mango & orange – lubię isanowskie mydła, w tej wersji jednak nie spodobał mi się zapach.
  • Fa, dezodorant NutriSkin – wychodzę z założenia, że nie da się napisać nic ciekawego o dezodorantach, więc nawet przy okazji denka raczej o nich nie wspominam. O tym muszę, bo dawno nie używałam tak brzydko pachnącego antyperspirantu. Wiem, że to przecież nie perfumy, ale wszystkie dotychczasowe dezodoranty pachniały po pierwsze jako tako przyjemnie, po drugie – na tyle subtelnie, że nie zabijały innych nakładanych na ciało zapachów. Ten od Fa śmierdział czymś dziwnym i to na tyle intensywnie, że przebijał się przez perfumowany balsam albo perfumy. Yuck!
  • Farmona, kokosowy krem do rąk i paznokci –  przyjemniaczek. Działanie nie jest może spektakularne, ale na pewno zauważalne. Poza tym naprawdę pięknie pachnie.

I to już wszystko. Jak na jeden miesiąc, chyba trochę się tego uzbierało. Szkoda tylko, że w styczniu kupiłam jeszcze więcej, niż zdołałam zużyć…