Kwietniowe denko

Z dumą obwieszczam: wszystko wskazuje na to, że po miesiącach rozszalałego zakupoholizmu nareszcie odzyskałam rozsądek! Od prawie trzech miesięcy udało mi się nie kupić żadnego balsamu (był taki czas, że w zapasie miałam 10 sztuk + 5 aktualnie używanych, huh), dziarsko powstrzymuję się przed większością niepotrzebnych zakupów i dzielnie zużywam zalegające produkty, a moja łazienka pomału przestaje wreszcie przypominać zabałaganioną drogerię :) Dzisiejsze denko, choć skromniejsze niż w poprzednich miesiącach, również napawa mnie sporą satysfakcją. Zatem jeżeli ciekawi Was, jakie kosmetyki udało mi się skończyć w kwietniu, zapraszam do lektury.

d-04-00

Systematycznie zużywam próbki otrzymane przy okazji zakupów w sklepie internetowym Pat&Rub (1). W tym miesiącu testowałam olejek relaksujący o zapachu kokosa i trawy cytrynowej, balsam hipoalergiczny i produkty do włosów – szampon i odżywkę „Łagodność” oraz maskę „Regeneracja”. Olejek urzekł mnie zapachem (już znalazłam jego tańszy odpowiednik), ale działaniem naprawdę zachwyciła mnie maska – czekam na jakąś dobrą promocję na stronie producenta, bo cena 70zł za 250ml mimo genialnego działania wydaje mi się baardzo przesadzona. Oprócz tego do kosza trafiły wreszcie szampony, których już od dawna chciałam się pozbyć, kupione jeszcze przed zmianami we włosowej pielęgnacji: Syoss Substance & Strength (2) i Joanna Naturia z miętą i wrzosem (3) – ten ostatni zużył mój chłopak, bo u mnie powodował wypadanie włosów.

d-04-01

Jeśli chodzi o pielęgnację ciała, skończyłam kolejne z mini-masełek The Body Shop, tym razem czekoladowe (1). To wersja przeznaczona do bardzo suchej skóry, stąd też jej wyjątkowo gęsta konsystencja, do której nie do końca potrafiłam się przekonać. Zużyłam również dwa kolejne podróżne balsamy od Bath&Body Works: zarówno uwodzicielski i dość mroczny Midnight Pomegranate (2), jak i Aruba Coconut (3) z limitowanej wiosennej edycji oczarowały mnie zapachem i – tradycyjnie – bardzo przyzwoicie pielęgnowały skórę. Udało mi się też wreszcie skończyć gruboziarnisty peeling Rajskie jabłuszko z serii Fruit Fantasy Joanny (4), którego zdecydowanie nie polecam – polietylenowy przeciętniak o koszmarnie sztucznym zapachu jabłkowego odświeżacza powietrza, fuj. 

d-04-02

Z uwagi na upływającą datę ważności w ekspresowym tempie pożegnałam drugą butelkę kokosowego mleczka pod prysznic Ziai (1) – uwielbiam słodki, przypominający Rafaello zapach tej serii. Szybko rozprawiłam się także z trzema musującymi kulami do kąpieli Dairy Fun (2). Przyjemny produkt, ale raczej niewart swojej ceny (11.90zł), poza tym nie zauważyłam żadnej różnicy między wariantami zapachowymi poszczególnych kul. O kokosowo-mandarynkowym scrubie Greenland (3) pisałam już wcześniej tutaj – bardzo fajna rzecz, wkrótce mam zamiar uzupełnić zapasy o kolejne opakowanie. I wreszcie żel pod prysznic Apart (4) – denkował co prawda mój chłopak, ale i ja mogę go Wam polecić: kosztuje grosze i ma przepiękny zapach (ciągle tylko zapach i zapach – po tym akapicie widać, którym zmysłem kieruję się podczas zakupów).

d-04-03

W kwietniu skończyłam sporo produktów do pielęgnacji dłoni i stóp. Cukrowy peeling do rąk Paloma Hand SPA (1) działał przyzwoicie, choć jak na mój gust za dużo w nim parafiny. Bardzo przyjemnie rozczarował mnie natomiast silnie nawilżający krem Feet up! od Oriflame (2) – stopy były zdecydowanie gładsze już po jednym użyciu, na pewno jeszcze do niego wrócę. Skończyłam także rossmannowski dezodorant do stóp Fuss Wohl (3) – stała i sprawdzona pozycja, przydająca się zwłaszcza w cieplejszych okresach :) Sporym rozczarowaniem okazał się za to (rzekomo kultowy) krem do rąk z masłem shea od L’Occitane (4), który dostałam za darmo w ramach kwietniowej promocji Glamour – faktycznie wygładzał dłonie, miałam jednak wrażenie, że to bardziej zasługa upchniętych w składzie silikonów niż faktycznie dobroczynnych składników.

d-04-04

Chyba w styczniowym denku zachwycałam się próbką kremu z witaminą E The Body Shop (1) – po zużyciu kolejnych 15ml moje odczucia nie są już tak entuzjastyczne. Jego największym atutem jest z pewnością ekspresowe tempo wchłaniania, ale jeśli chodzi o działanie nawilżające, nie zauważyłam większych efektów. Do śmieci trafił też jedyny przedstawiciel kolorówki w dzisiejszym zestawieniu, czyli tusz StimuLong od Margaret Astor (2). Jakoś nie mogłam się do niego przekonać i jestem baardzo szczęśliwa, że już się skończył – kilka tygodni zajęło mi nauczenie się, jak malować nim rzęsy bez wybrudzenia całej reszty twarzy (przy tej szczoteczce i takiej konsystencji to naprawdę ciężka sztuka). Ochronny płyn do higieny intymnej Ziai (3) to chyba najbardziej długowieczny kosmetyk w mojej łazience: kosztował grosze, a bardzo przyzwoicie służył mi prawie cały rok – na pewno jeszcze do niego wrócę. I wreszcie wychwalana przez mojego chłopaka pianka do golenia Lierac (4) – więcej o niej możecie przeczytać w recenzji męskiej edycji Glossybox, czyli tutaj.

Na koniec małe wytłumaczenie: jak pewnie zauważyłyście, notki na blogu pojawiają się ostatnio nieco rzadziej. Tak jest i jeszcze trochę tak będzie – mimo mojej wiary w cuda wszystko wskazuje na to, że praca magisterska jednak nie napisze się sama. Mimo wszystko obiecuję, że nawet w tych mrocznych czasach blog nie uschnie całkowicie – w głowie mam chyba ze 20 kolejnych notek, które będę systematycznie publikować, tyle że trochę rzadziej niż zwykle :) 

Reklamy

Jak wygląda moja pielęgnacja włosów?

pielegnacja-wlosow1

Taki post obiecywałam już jakiś czas temu, ale jakoś nie mógł powstać. Dlaczego? Przyczyna jest prosta – żadna ze mnie włosomaniaczka. Dopiero od niedawna uczę się, że do pielęgnacji włosów niekoniecznie wystarczy drogeryjny szampon i sporadycznie nakładana odżywka. Wszystkich produktów, które tu zobaczycie, używam od max. 2 miesięcy – wcześniej za cały zestaw pielęgnacyjny służyły mi szampon do włosów delikatnych Syoss i popularna odżywka do włosów suchych Garnier. Efekty takiej „anty-pielęgnacji” łatwo przewidzieć i pod koniec roku stan moich włosów był tak opłakany, że poprawę ich kondycji zapisałam jako pierwsze postanowienie na noworocznej liście.

Jeżeli jesteście ciekawe, co się zmieniło przez te (prawie) trzy miesiące i jakie produkty pielęgnacyjne zasiliły w ostatnim czasie moją łazienkę, zapraszam do lektury. Na wstępie dodam jeszcze, że moje włosy są dość gęste, falowane, od lat w naturalnym odcieniu (ciemny blond/jasny brąz) i w długości mniej więcej do łopatek, a do bardziej troskliwej opieki nad nimi skłoniły mnie: przetłuszczanie przy skórze głowy + jednocześnie bardzo przesuszone końcówki, wypadanie i łamliwość oraz skłonność do puszenia.

pielegnacja-wlosow3Szampon:

Pierwszym krokiem na drodze do lepszej pielęgnacji było wymienienie szamponu Syoss na łagodniejszy odpowiednik. Bazując na wiedzy z „włosomaniackich” blogów szukałam czegoś bez silikonów i SLS-ów i ostatecznie padło na Alterrę, która bardzo dobrze mi służy. Seria jest dostępna w każdym Rossmannie, niedroga, ma fajny skład (dużo naturalnych ekstraktów, brak silikonów, łagodniejsze substancje myjące – zamiast SLES są Lauryl Glucoside i Sodium Coco-Sulfate). Poza tym różne wersje szamponów faktycznie spełniają obiecane na etykiecie funkcje – nabłyszczająca wersja z morelą istotnie nabłyszcza, a zestaw z papają i bambusem, którego używam obecnie, faktycznie dodaje objętości.

Zdaję sobie sprawę, że dla bardziej ortodoksyjnych włosomaniaczek Alterra może być za mocna (głównie przez SCS), ale moim włosom najwyraźniej służy, choć przyzwyczajenie się do tego szamponu zajęło im trochę czasu i na początku nie wyglądały najlepiej. To taka moja „opcja kompromisowa” – mam ochotę na próbę poszukać jeszcze mniej inwazyjnego szamponu, może możecie mi coś polecić? :)

pielegnacja-wlosow5

Odżywki: 

Od stycznia odżywki mają u mnie naprawdę niezły przerób ;) Zgodnie z metodą OMO zawsze zabezpieczam nimi długość włosów przed myciem, często nakładam także po (chyba, że stosuję maskę). Poza tymi przedstawionymi na zdjęciu lubię jeszcze wspomnianego już Garniera z olejkiem z awokado i najbardziej podstawowe tuby z Isany.

Obecnie próbuję skończyć mleczno-miodowy balsam bez spłukiwania z serii „Z Apteczki Babuni” Joanny (1). Chwaliłam go w grudniowym zestawieniu hitów i kitów i miałam wrażenie, że nieźle się sprawdza nakładany po myciu – włosy były dużo łatwiejsze do rozczesania, mniej puszące się, bardziej zdyscyplinowane. Ale jakiś czas temu trafił do mnie ziołowy eliksir Green Pharmacy (o którym niżej) i Joanna nie wytrzymała konfrontacji ;) Najprawdopodobniej zużyję więc resztkę balsamu jako zabezpieczenie przed myciem. Odżywkę Gliss Kur z olejem arganowym i kokosem (2) kupiłam typowo „na nos” – ma fantastyczny zapach, który bardzo długo utrzymuje się na włosach, ale jeśli chodzi o pielęgnację, nie przedstawia wielkiej wartości – jest przeładowana silikonami i obciąża moje włosy. Właściwie do etapu końcowego OMO zdarza mi się stosować tylko bananową odżywkę The Body Shop (3) – pachnie świetnie, jest dość wydajna, ma niezły skład. Cudów nie czyni, ale moim zdaniem robi dokładnie to, co odżywka robić powinna – ułatwia rozczesywanie i zabezpiecza włosy, przy tym ich nie obciążając.

pielegnacja-wlosow4

Przy okazji zaopatrzyłam się też w parę produktów, które do tej pory były mi całkowicie obce – czyli w maski i oleje. Olej kokosowy Parachute (1) jest u mnie od wielu miesięcy:  kupiłam go namówiona przez moją przyjaciółkę, która akurat przeżywała „fazę ajurwedyjską” :) To najbardziej uniwersalny kosmetyk w mojej łazience, służył już do nawilżania ciała, do masażu, do kąpieli, do wytwarzania peelingów i last but not least do olejowania włosów. Podobno moje, czyli (chyba) wysokoporowate włosy nie lubią oleju kokosowego – nie wiem, jeszcze nie sprawdzałam innych, ale Parachute nałożony na długość 1-2 godziny przed myciem działa cuda, naprawdę! Włosy są niesamowicie miękkie, gładkie, odżywione i zdrowo lśniące, aż ich nie poznaję. To bez wątpienia moje największe odkrycie ostatnich miesięcy.

Kupiłam też olejek łopianowy przyspieszający wzrost od Green Pharmacy (2), ale dużo gorzej się sprawdza – nie mogę się zmotywować do regularnego stosowania, bo mam wrażenie, że podrażnia skórę głowy. Niestety nie wypaliła u mnie także mleczna maska Kallos (3), w przypadku której słuszne okazały się ostrzeżenia Poduszki :( Chociaż pierwsze użycie mnie zachwyciło, to kolejne bardzo rozczarowały – po nałożeniu maski miałam wrażenie, że włosy stają się matowe i puszą się dużo bardziej niż zwykle (mimo że używam jej stosunkowo rzadko, 1-2 razy w miesiącu). Cóż, widocznie skoro właścicielka nie znosi mleka, to i włosy się z nim nie polubią :) Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie za to równie popularna w blogosferze maska z granatem i aloesem od Alterry (4). Tak jak w przypadku szamponu, musiałam dać jej trochę czasu, ale było warto – lubię ją głównie ze względu na bardzo przyjemny skład i fakt, że ładnie podkreśla skręt moich włosów. 

pielegnacja-wlosow6

I ostatnia grupa, czyli zbiór produktów do stosowania po myciu. Ziołowy eliksir do zniszczonych włosów Green Pharmacy (1) to moje najnowsze odkrycie – jest bardzo wydajny, kosztuje grosze i naprawdę działa! Ułatwia rozczesywanie, zmniejsza łamliwość, dzięki małemu dodatkowi silikonów zapobiega puszeniu i zapewnia dodatkową ochronę. Lubię mieć też pod ręką coś, co pomoże zdyscyplinować niesforne kosmyki i dodać objętości przyklapniętej fryzurze – w tym celu od lat używam tej samej pianki do włosów kręconych od Isany (2). Ostatnio przeszła mały lifting i jeszcze ładniej pachnie :) W mojej łazience nie może też zabraknąć pierwszej pomocy włosowego lenia, czyli suchego szamponu dla szatynek od Batiste (3). Jest bezkonkurencyjny! Bardzo dobrze oczyszcza włosy, a dzięki dodatkowi barwnika nie pozostawia charakterystycznego, białego nalotu, dzięki czemu cały proces „mycia” jest naprawdę ekspresowy.

*

Przez 2 miesiące świadomej pielęgnacji zauważyłam naprawdę dużą poprawę. Nie powiem, że teraz jest idealnie, ale dużo problemów zniknęło, albo przynajmniej znacząco się zmniejszyło :) Wypadanie i puszenie zostały praktycznie powstrzymane, a włosy wyglądają na zdrowsze, gęstsze i bardziej odżywione.

Zdaje sobie jednak sprawę, że jeśli chodzi o świadomą pielęgnację nadal jestem na początku drogi. Muszę wyrobić sobie nawyk regularnego olejowania włosów, będę też kontynuować poszukiwania idealnych odżywek i masek. Niecierpliwie czekam także na wszystkie Wasze wskazówki, porady i propozycje! 

pielegnacja-wlosow2

Zużycia styczniowe

Kolejny miesiąc intensywnego denkowania za mną. Tym razem torba na puste opakowania wypełniła się tak szybko, że postanowiłam nie czekać z publikacją „zużyciowego” posta do końca lutego, tylko już teraz pokazać Wam, które kosmetyki udało mi się wreszcie wykończyć. Tradycyjnie były wśród nich takie, do których wracam i będę wracać, i takie, których zużycie po wielu miesiącach męczarni było ogromnym sukcesem.

d-01-1

Masła, kremy, balsamy: 

  • Perfecta SPA, kakaowe masło do ciała – pozostałość z czasów, kiedy jeszcze lubiłam się z Perfectą, obecnie za bardzo przeszkadza mi ilość parafiny, którą ładują do swoich produktów. Wersja kakaowa ładnie pachnie i przyzwoicie nawilża, niestety, pozostawia na skórze tłustą, rolującą się warstwę. Pomimo narzekań pewnie jeszcze kiedyś do niego wrócę, jakoś tęsknię za Perfectą kiedy długo jej nie używam :)
  • Fruttini, balsam czekoladowo-żurawinowy – pięknie pachnie, taniutki, skład koszmarny. I ponoć skóra po nim robi się bardzo gorzka! Więcej tutaj.
  • Bath & Body Works, krem potrójnie nawilżający Vanilla Bean Noel – szerzej pisałam o nim tu. Przyjemny, ale po dłuższym czasie zapach może zmęczyć. Poza tym słabo się wchłania. Jeśli chodzi o B&BW, pozostanę przy balsamach.
  • Wellness & Beauty, mleczko vanille & macadamia – kiedyś bardzo często go używałam, podczas porządków znalazłam zachomikowaną buteleczkę z resztką produktu. Mleczko jest trochę męczące we współpracy (wsmarowywanie, czas wchłaniania), ale bardzo lubię je za zapach i naprawdę przyzwoity jak na tę cenę skład.
  • The Body Shop, masło do ciała Vanilla Bliss – za jego zapach dałabym się pokroić. Używałam bardzo oszczędnie, głównie na ręce – po pierwsze dlatego, że wolniej go ubywało, po drugie (niestety) na innych partiach ciała nie zdawało egzaminu tak dobrze, nawilżało średnio. Mimo wszystko – zapach! skład! opakowanie! Całe szczęście, że mam jeszcze zapasowe 200ml :)

d-01-2

Pielęgnacja włosów:

  • Timotei, szampon + odżywka „Jedwabista miękkość” – nie polubiliśmy się. Żadnych pozytywów, włosy po użyciu były poplątane i „wymęczone”, wypadały. Na plus można policzyć chyba tylko opakowanie i ładny zapach. Na pewno do niego nie wrócę.
  • Natei, szampon do włosów przetłuszczających się – biedronkowa „podróba Timotei”, zużyta przez mojego chłopaka. W tej cenie (chyba 4zł/500ml) to naprawdę przyzwoity produkt, śmiało może konkurować z innymi drogeryjnymi specyfikami.
  • Garnier Ultra Doux, odżywka awokado + karite – bardzo lubiana w blogosferze – i słusznie! Używam jej już od kilku lat i regularnie do niej wracam.
  • Isana, suchy szampon – bardzo lubiłam ten szampon, dopóki nie odkryłam Batiste. Widocznie odświeża, ładnie pachnie, bardzo wydajny. Niestety, dość trudno go „wyczesać”. Poza tym isanowskie opakowania produktów do włosów z tą straszną panią o wyjątkowo jasnych włosach i wyjątkowo ciemnych brwiach jakoś godzą w moje poczucie estetyki…

d-01-3

Kąpiel + peeling:

  • Ziaja, czekoladowy peeling myjący – koszmar minionej jesieni, bez dwóch zdań. Konsystencja galarety, polietylenowe drobinki i obrzydliwie chemiczny zapach sprawiły, że męczyłam się z nim prawie pół roku. Recenzowałam go już tutaj, ale wtedy byłam chyba bardziej wyrozumiała. Jestem pewna, że już nigdy przenigdy do niego nie wrócę, a za wytrzymałość przy zużywaniu tego opakowania należy mi się jakiś puchar, albo przynajmniej dyplom. 
  • Original Source, płyn do kąpieli raspberry & vanilla milk – mój ulubiony zapach OS, tym razem w kąpielowej wersji. Bardzo ładne opakowanie i przyzwoita piana, ale butla starczyła raptem na 3-4 użycia (wydajność wszystkich produktów OS w ogóle woła o pomstę do nieba).
  • Eroni, mleczny puder do kąpieli o zapachu czekolady – ten produkt też odstał swoje, męczyłam się z nim prawie rok. Bardzo przeciętny. Sympatyczne opakowanie, niska cena i słodki zapach niestety nie wystarczą. Jeżeli chodzi o działanie, puder przede wszystkim barwi wodę – w ogóle się nie pieni, a zapach jest bardzo krótkotrwały. Raczej do niego nie wrócę.
  • Joanna Naturia, peeling antycellulitowy z kawą – lubię joannową wersję zapachu kawy, jest dość realistyczna. Kiedyś bardzo lubiłam tę serię peelingów, obecnie staram się odchodzić od „sztucznych” zdzieraków, więc przez jakiś czas pewnie do nich nie wrócę.

d-01-5

Maseczki, próbki, saszetki: 

W tym miesiącu niewiele nowości – tradycyjnie pojawia się stały zestaw, złożony z maseczki czekoladowej od Starej Mydlarni, saszetki „domowy manicure” Perfecty maseczki mleczno-miodowej Rival de Loop. Po raz pierwszy przetestowałam dwa produkty:

  • Stara Mydlarnia, maseczka Hot Coffee – dzięki której wyjaśniła się tajemnica różnic w konsystencji, zapachu i działaniu maski czekoladowej w saszetce i w słoiczku (szczegóły tej zagadki znajdziecie tutaj). Otóż ktoś źle nakleił etykietę i moja maska czekoladowa w słoiku okazała się tak naprawdę maską kawową(!). Narzekałam na „słoiczkową” wersję, saszetka Hot Coffee też nie zdobyła mojego serca – zapach nie ma zbyt wiele wspólnego z kawą, nie zauważyłam też żadnych pielęgnacyjnych efektów jej stosowania. Czekoladowa wersja jest o niebo lepsza!
  • The Body Shop, Vitamin E Moisture Cream – za to temu kremowi muszę przyjrzeć się bliżej. Ma bardzo lekką konsystencję, ekspresowo się wchłania, a przy tym naprawdę porządnie nawilża skórę – po jednym użyciu wydaje się ciekawym kandydatem na „krem poranny”, nakładany tuż przed make upem.

d-01-4

…i cała reszta:

  • Clarena, krem push up – próbka z sierpniowego Glossy. Nie polecam; mam wrażenie, że mnie podrażnił (swędzenie skóry, a nawet bóle piersi, które ustąpiły tuż po odstawieniu).
  • Ziaja, płyn dwufazowy do demakijażu – w przeciwieństwie do bublowatego płynu micelarnego z tej samej serii, dwufazowiec Ziai naprawdę daje radę, nawet w starciu z mocnym albo wodoodpornym makijażem. Must have.
  • Figs & Rouge, balsam do ust – drugie opakowanie dostałam od przyjaciółki, której dołączony do wrześniowego Glossyboxu balsam niestety nie przypadł do gustu. Mój wielokrotnie wyrażany na blogu zachwyt Figs & Rouge trochę przygasł, odkąd stosuje Carmex, mimo wszystko puszeczkę zużyłam z dużą przyjemnością.
  • Isana, mydło w płynie mango & orange – lubię isanowskie mydła, w tej wersji jednak nie spodobał mi się zapach.
  • Fa, dezodorant NutriSkin – wychodzę z założenia, że nie da się napisać nic ciekawego o dezodorantach, więc nawet przy okazji denka raczej o nich nie wspominam. O tym muszę, bo dawno nie używałam tak brzydko pachnącego antyperspirantu. Wiem, że to przecież nie perfumy, ale wszystkie dotychczasowe dezodoranty pachniały po pierwsze jako tako przyjemnie, po drugie – na tyle subtelnie, że nie zabijały innych nakładanych na ciało zapachów. Ten od Fa śmierdział czymś dziwnym i to na tyle intensywnie, że przebijał się przez perfumowany balsam albo perfumy. Yuck!
  • Farmona, kokosowy krem do rąk i paznokci –  przyjemniaczek. Działanie nie jest może spektakularne, ale na pewno zauważalne. Poza tym naprawdę pięknie pachnie.

I to już wszystko. Jak na jeden miesiąc, chyba trochę się tego uzbierało. Szkoda tylko, że w styczniu kupiłam jeszcze więcej, niż zdołałam zużyć…

Grudniowe słodycze (nowości)

grudnioumilacze

Zbiorcza fotka kilku nowości, które pomagają mi przetrwać srogie, zimowe czasy. Wszystkie charakteryzują się przepysznym zapachem i równie przyjemnym działaniem. Parę z nich już wcześniej pokazywałam, większość debiutuje na blogu i w mojej kosmetyczce – podczas polowań na świąteczne prezenty jakoś trudno mi się oprzeć przed wzięciem dla siebie kilku słodko pachnących drobiazgów… Szersze recenzje niektórych z nich pojawią się tutaj już wkrótce.

Tymczasem zabieram się za pieczenie pierników – mój wigilijny maraton zaczyna się już jutro…

Na zdjęciu cud, miód, malina, czyli:

* Bath & Body Works – Vanilla Bean Noel triple moisture cream
* Fruttini Cranberry Choc – czekoladowo-żurawinowy balsam do ciała
* Original Source – płyn do kąpieli Raspberry & Vanilla Milk
* H&M – malinowa maseczka oczyszczająca
* Bath & Body Works – świeca zapachowa Marshmallow Fireside
* Stara Mydlarnia – czekoladowa maska do twarzy i ciała (zobacz recenzję)
* Joanna Naturia – gruboziarnisty peeling kawowy
* Joanna „Z apteczki babuni” – balsam do włosów mleko i miód