Babydream fur Mama – najbardziej wszechstronny kosmetyk świata

babydreampolecamTrochę ostatnio zaniedbałam pielęgnacyjną część bloga, dlatego dzisiaj (w ramach rekompensaty) parę słów o kosmetyku, który jest moim absolutnym hitem ostatnich paru miesięcy. Mowa o płynie do kąpieli Babydream für Mama z „dziecięcej” serii produkowanej dla Rossmanna. Większość z Was pewnie już go używała, albo przynajmniej o nim czytała. Jeśli nie – koniecznie to nadróbcie!

Cały sekret w tym, że dzięki fajnemu, naturalnemu składowi Babydream für Mama można stosować nie tylko jako płyn do kąpieli – ja sama kupiłam go jako szampon do codziennego mycia włosów, skuszona pozytywnymi opiniami na włosomaniackich blogach, ale szybko znalazłam dla niego jeszcze kilka innych zastosowań. Poza myciem włosów, stosuję go także jako żel pod prysznic, do mycia twarzy, do higieny intymnej. Czasem używam go również jako płynu do kąpieli, zgodnie z przeznaczeniem :)

1. Babydream für Mama jako płyn do kąpieli

To zastosowanie najmniej do mnie trafia – niestety, w wannie lubię duuużo piany i mocne, konkretne zapachy, a Babydream żadnej z tych rzeczy nie oferuje. W składzie brak mocnych detergentów, jest za to dużo naturalnych olejków, dlatego dolany do wanny, płyn barwi wodę na biało i wyraźnie ją zmiękcza – uczucie suchej, ściągniętej skóry, tak częste przy obcowaniu z drogeryjnymi „spieniaczami”, na pewno Wam po nim nie grozi :) Przy tej okazji wspomnę od razu o zapachu – rossmannowski płyn dla mam pachnie bardzo słodko, trudno mi sprecyzować ten aromat, chyba najbliżej mu do migdałowego (takiego jak „słodkie trufle i migdały” z serii Sweet Secret). Przyjemny, ale na dłuższą metę duszący. Nie zrozumcie mnie źle, płyn dobrze spełnia swoją podstawową rolę i nie mam mu właściwie nic do zarzucenia (choć na co dzień wolę inne specyfiki) – po prostu jest za fajny, żeby używać go wyłącznie w ten sposób :)

2. Babydream für Mama jako szampon 

Nadal jestem w fazie poszukiwań idealnego szamponu na co dzień i przede wszystkim dlatego opisywany dzisiaj kosmetyk trafił w moje ręce. Jako szampon Babydream sprawuje się bardzo przyzwoicie – dzięki delikatnemu składowi jak najbardziej nadaje się do regularnego stosowania, nie podrażnia, nie wysusza, przyzwoicie oczyszcza, nie plącze włosów bardziej niż podobne specyfiki. Niestety, duża ilość olei może trochę obciążać włosy i sprawić, że szybciej się będą przetłuszczać (dla porównania: po dziecięcym szamponie Babydream utrzymywały świeżość przez 2-3 dni, po wersji dla mam – przez ok. 1,5 dnia). Przyjemnie mi się go używa, ale to wciąż nie ten ideał, którego dalej szukam.

3. Babydream für Mama jako żel pod prysznic + płyn do oczyszczania twarzy ♥

Tak naprawdę strzałem w dziesiątkę okazało się dopiero użycie płynu Babydream w charakterze żelu pod prysznic. Na pewno kojarzycie nowy trendy-super-hit, czyli „balsamy pod prysznic” firmy Nivea. Otóż Rossmann wymyślił to wcześniej :) Babydream jest jak żel do mycia + nawilżający balsam w jednym. Po umyciu się tym płynem skóra staje się tak jedwabiście gładka, jakbym właśnie wklepała w nią solidnie nawilżający balsam – tylko bez tracenia czasu i czekania, aż się wchłonie. Idealne rozwiązanie na poranki w trybie pospiesznym albo wyjazdy, na które nie chce się wozić tony kosmetyków. Chyba jeszcze długo nie przestanę się tym zachwycać – do tej pory wszystkie żele, których używałam, przesuszały skórę. W mniejszym lub większym stopniu, ale jednak. A tu proszę – niepozorny rossmannowski płyn działa takie cuda, że używając tylko jego można by spokojnie zapomnieć o stosowaniu jakichkolwiek nawilżających specyfików.

Z tych samych względów używam go czasem również jako płynu do mycia twarzy i efekty są równie zadowalające – myślę, że dobrze się sprawdzi u posiadaczek cery normalnej albo ze skłonnościami do przesuszeń. Więc jeśli macie dosyć SLES-owych bomb z drogeryjnych półek, poeksperymentujcie z Babydream :)

* * *

A Wy? Próbowałyście już rossmannowskiego płynu dla mam? Jakie miałyście z nim doświadczenia? A może macie pomysł, jak jeszcze można go wykorzystać? Jeśli tak – koniecznie dajcie znać!

Pełny skład: Aqua, Glycine Soja (Soybean) Oil, Sorbitol, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Cocoamphoacetate, Cocamidopropyl Hydroxysultaine, Parfum, Sodium Chloride, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Glycerin, Whey Protein, Lactose, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Polyglyceryl-10 Laurate, Polyglyceryl-2 Laurate, Glyceryl Caprate, Xanthan Gum, Tocopherol, Citric Acid.

Babydream für Mama powinien być dostępny w każdym Rossmannie, na półce z płynami do kąpieli. Butelka o pojemności 500ml to koszt ok. 10zł.

rozdanie-baner

PS: Urodzinowe rozdanie – do 18 sierpnia

Reklamy

Polecam: krem brzozowy Sylveco

sylveco3

polecamPierwszy rozdział pracy napisany i wreszcie mam chwilę, by zająć się bardziej przyjemnymi rzeczami, czytaj: blogiem. Dziś będzie więc kilka słów o polskich produktach, które mam co prawda od niedawna, ale już zdążyły zaskarbić sobie moją sympatię. O kremach Sylveco dużo się ostatnio pisze i to chyba w wyłącznie dobrych słowach – nie spotkałam się jeszcze z negatywną recenzją. Nic dziwnego! Rzadko się zdarza, by kosmetyk miał aż tyle zalet, a przede wszystkim: by tak dobre działanie i tak smakowity skład szły w parze z naprawdę przystępną ceną.

Na markę Sylveco trafiłam podczas poszukiwań sprawdzonego i w miarę ekologicznego kosmetyku, który poradziłby sobie z moją przesuszającą się skórą lepiej niż drogeryjne specyfiki. Po przejrzeniu oferty sklepu internetowego zdecydowałam się na próbę na dwa produkty z serii polecanej do pielęgnacji skóry silnie przesuszonej i atopowej: lekki krem brzozowy (według zapewnień producenta idealny pod makijaż) i silnie nawilżający i natłuszczający krem brzozowy z betuliną.

sylveco4

Lekki krem brzozowy zapakowany jest w wygodne próżniowe opakowanie z pompką, dzięki czemu jest ekonomiczny i higieniczny. Pachnie przyjemnie i nienachalnie, faktycznie nasuwa skojarzenia z zapachem brzozowych liści. Dzięki dość wodnistej konsystencji błyskawicznie się rozprowadza i faktycznie nie przeszkadza w nakładaniu makijażu, nawet po zaledwie kilku minutach od aplikacji. Nie powoduje błyszczenia, nie roluje się, nie podrażnia. Przy tym zauważalnie nawilża skórę, choć nie nazwałabym jego działania spektakularnym – w tej roli dużo lepiej sprawdza się drugi krem z serii. Wersja lekka jest za to idealna na wszystkie poranki z turbo-przyspieszeniem, kiedy na nic nie ma czasu.

Rzućcie okiem na baardzo przyjemny skład, w którym próżno szukać drogeryjnej chemii, pełno za to naturalnych dóbr (masło shea, oleje, witamina E, betulina). Jeśli ciekawią Was działanie czy rola jakiegoś składnika, dokładne objaśnienia znajdziecie na stronie producenta.

Pełny skład: Woda,  Olej z pestek winogron,  Olej sojowy,  Ksylitol,  Sorbitan Stearate & Sucrose Cocoate,  Masło karite (Shea),  Stearynian glicerolu,  Olej arganowy, Olej jojoba,  Kwas stearynowy,  Alkohol cetylostearylowy,  Alkohol benzylowy, Betulina,  Witamina E,  Ekstrakt z aloesu,  Alantoina,  Guma ksantanowa,  Kwas dehydrooctowy,  Ekstrakt z mydlnicy lekarskiej,  Lupeol,  Kwas oleanolowy,  Kwas betulinowy.

Cena: 24,92zł / 50ml.

sylveco2

Lekka wersja kremu brzozowego jest w porządku, ale to jego „podstawowa” formuła okazała się dla mnie absolutnym hitem. Krem brzozowy z betuliną występuje w typowym słoiczku z nakrętką, zapakowanym ponadto w bardzo estetyczny kartonik z dość szczegółową ulotką. Szkoda, że i w tym przypadku producenci nie zdecydowali się na zastosowanie praktycznego atomizera, ale chyba tłumaczy ich bardzo gęsta konsystencja tej wersji. Po nałożeniu (wystarcza naprawdę niewielka ilość!) krem pokrywa skórę błyszczącą, tłustą warstewką, dlatego niestety nadaje się do stosowania tylko na noc, albo w takie dni, kiedy możecie zostać w domu. Warto się jednak przemęczyć i pozwolić kremowi spokojnie się wchłonąć, bo efekty są fantastyczne. Produkt Sylveco robi bowiem z moją skórą coś, co do tej pory udawało się tylko Nuxe Crème Fraîche – w ciągu kilku godzin sprawia, że moje chropowate z przesuszenia czoło, na które nie działało absolutnie nic, nagle staje się wygładzone i mięciutkie jak aksamit. Do tego, naturalnie, nie zapycha, nie uczula, nie piecze i ma całkowicie ekologiczny skład. Wow!

Pełny skład: Woda,  Olej sojowy,  Olej jojoba,  Olej z pestek winogron,  Wosk pszczeli, Betulina,  Stearynian sodu,  Kwas cytrynowy.

Cena: 24,11zł / 50ml.

*

Nie byłabym sobą, gdybym dodatkowo nie pochwaliła oprawy graficznej produktów Sylveco. Opakowania (i te właściwie, i dodatkowe zabezpieczające kartoniki) są naprawdę bardzo przemyślane, proste, czytelne i jednocześnie estetyczne. Poza zamówionymi produktami w mojej paczce znalazłam także szczegółową ulotkę objaśniającą działanie wszystkich zastosowanych w kosmetykach substancji i bardzo ładny katalog z pełną gamą oferowanych przez Sylveco produktów – sprytnie, bo nie ukrywam, że teraz mam chrapkę na większość.

Kremy brzozowe Sylveco to po prostu dobre kosmetyki. Dopracowane, bez zbędnej chemii, w przyzwoitej cenie i na dodatek naprawdę działające tak, jak obiecuje producent. Niby nic niezwykłego i w idealnym świecie można by było tego oczekiwać od każdego nowego zakupu, ale w praktyce znalezienie dobrego i niedrogiego kremu naprawdę stanowi wyzwanie. Tym bardziej warto inwestować w niewielkie, polskie firmy, bo jak dowodzi przykład Sylveco, w ich ofercie można znaleźć prawdziwe perełki. Gorąco polecam!

Marcowe denko

Jak mijają Wam święta? Moje upływają pod znakiem Listów Słowackiego i porządkowania przestrzeni. Zanim zabiorę się za stertę nieuprasowanych ubrań i kuchenne szafki, postanowiłam uporać się z marcowym denkiem. Jak zwykle – jest tego dość dużo, a że ostatnio jakoś mi wychodzi niekupowanie zbędnych kosmetyków, moje zapasy wreszcie zaczynają się kurczyć (co niezmiernie mnie cieszy).

d-03-1

Tradycyjnie zaczynam od produktów do nawilżania ciała. W tym miesiącu udało mi się wykończyć cztery (+ małą próbkę rozgrzewającego masła Pat&Rub, której nie ma na zdjęciach). O czekoladowym maśle Starej Mydlarni (1) pisałam już tutaj – tragedii nie było, ale jego skład i właściwości mocno mnie rozczarowały. Skończyłam też pierwsze z czterech posiadanych przeze mnie maseł The Body Shop (2) – wersja Sweet Lemon pachnie przepysznie, jak cytrynowe lody, ale zdecydowanie wolę lżejszą formułę balsamów od TBS. Balsam Carried Away od Bath&Body Works (3) to przede wszystkim piękny zapach, o dziwo idący w parze z przyzwoitymi właściwościami pielęgnacyjnymi (powinnam raczej napisać „wygładzającymi” – dużo, dużo silikonów). I wreszcie mleczko z bio-olejkiem arganowym od Ziai (4), które zrecenzowałam już w tej notce

d-03-2

Z okazji urodzin kupiłam sobie w The Body Shop także minizestaw Chocomania. Czekoladowe masło i nawilżacz do ust jeszcze czekają w kolejce, póki co udało mi się skończyć jedynie scrub do ciała (1) i żel pod prysznic (2). Jeden i drugi bardzo mi się spodobały i planuję wkrótce uzupełnić zapasy o bardziej adekwatne do pory roku wersje zapachowe. Bardzo przyjemnie zużywało mi się także musujące kostki do kąpieli z Sephory (3), które istotnie musowały (wbrew pozorom rzadkość), a przy tym nie wysuszały skóry. Nie mogę tego niestety powiedzieć o karmelowym płynie do kąpieli Luksji (4), z którym zdecydowanie się nie polubiliśmy, dlatego – mimo pięknego zapachu – nie będę do niego wracać.

d-03-3

W pielęgnacji twarzy bez większych zmian – obecnie co prawda planuję małą rewolucję i eliminację drogeryjnych produktów, ale w marcu denkowałam zapasy. Peelingująco-rewitalizujący żel do mycia twarzy Garniera (1) to całkowity przeciętniak, od innych produktów tego typu odróżniał go tylko ładny zapach. Zużyłam też drugi słoik kremu L’Oreal Nutri Gold Light&Silky (2), ale wersja na dzień nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak pierwszy, nocny słoiczek. Rozczarowała mnie też truskawkowa-waniliowa maseczka Rival de Loop (3) o działaniu równie anemicznym jak jej (chemiczno-waniliowy) zapach. Balsam Cetaphil (4) to z kolei denko mojego chłopaka – produkt kultowy, mnie jakoś nie zachwyca, chociaż jego wydajność jest faktycznie nie z tej ziemi.

d-03-4

Pielęgnacja włosów upłynęła pod znakiem Rossmanna. Zużyłam moją pierwszą butelkę morelowego szamponu Alterry (1) i baardzo się polubiliśmy (więcej pisałam o tym w poprzedniej notce o pielęgnacji włosów). Skończyłam także podstawową isanowską odżywkę w odmianie różowej (2). Drażnił mnie jej zapach i żadnych cudów wynikających z jej regularnego stosowania nie zauważyłam, ale właściwie kupiłam ją wyłącznie z myślą o zabezpieczaniu włosów przed myciem. W kryzysowej sytuacji dobrze sprawdziła się także jako pianka do golenia ;) Pianka do włosów kręconych Isana (3) pojawia się w każdym tego typu zestawieniu – naprawdę nie mam większych wymagań, jeśli chodzi o stylizację :) Do zużyciowego worka trafił także żel/szampon [3D] MENSION od Schwarzkopf (4) – jeden z pełnowymiarowych produktów dołączonych do męskiego Glossybox. Dziwny! Pachnie świeżo skoszoną trawą, albo pokrzywą jak twierdzi tester-mój chłopak. Mimo to doczekał się wielu komplementów, począwszy od designu opakowania, na dobrym działaniu oczyszczającym skończywszy.

d-03-5

Stawkę zamyka kilka produktów „bez kategorii”. Limitowana edycja mydła w płynie od Isany (1) okazała się jednym z piękniej pachnących specyfików, jakich kiedykolwiek używałam: idealnie zimowy zapach, przypominający grzane wino. Mam szczerą nadzieję, że w przyszłym roku będzie znów dostępna. Ładnie pachniał (i niczym więcej się nie wyróżniał) także bawełniany żel pod prysznic od Lirene (2). Do kosza trafiły jeszcze kolejne opakowanie isanowskiego zmywacza (3) i dezodorant Isana Med (4) – czytałam w internecie sporo narzekań, ale w moim (mało problemowym) przypadku sprawdzał się bez zarzutu.

To wszystko. Jak przystało na świąteczną słomianą wdowę zabieram się do wielkich porządków, a Wam oczywiście życzę wesołych świąt – spędzajcie je dokładnie tak, jak chcecie! :)

Nie polecam: Zielona Apteka – maseczka z imbirem i czereśnią

ziel-apteka1

Mam taką ulubioną drogerię Naturę*, do której chyba nikt nie zagląda, dzięki czemu zawsze znajduję w niej niedostępne w bardziej oblężonych lokalach kosmetyczne ciekawostki. Podczas ostatniej wizyty w tym przybytku urodowej rozpusty rzuciła mi się w oczy seria, której nigdy wcześniej nie zauważyłam – maseczki do twarzy firmy Zielona Apteka. Coś nowego! Coś, co będzie pachnieć wiśniami! Niedrogie! Maseczka! Uwielbiam tego typu produkty w saszetkach i znoszę je do domu w hurtowych ilościach, bo są idealne na nastrój z cyklu „mam taką ochotę kupić coś spontanicznie, ale miałam oszczędzać” – wydanie 2-3zł na kosmetyk nigdy nie boli. Decyzję podjęłam więc w ułamku sekundy, i zanim zdążyłam się zorientować, już płaciłam za maseczkę przy kasie. Teraz, po zużyciu, gratuluję samej sobie rozsądku, który „na próbę” nakazał mi kupić tylko jedną saszetkę.

Produkt Zielonej Apteki ma podobno relaksować i odżywiać dzięki ekstraktom z czereśni i imbiru – istotnie figurują w składzie, chociaż gdzieś na szarym końcu. Producent nakazuje nałożyć maseczkę na 15 minut, po których „nadmiar” należy usunąć wacikiem. Jak się okazuje, nie jest to wcale takie proste jak brzmi, ale nie uprzedzajmy faktów.

Zapach i konsystencja maseczki od razu skojarzyły mi się z… tanim jogurtem :) Produkt pachnie intensywną, chemiczną wisienką, ma płynną, nieco grudkowatą konsystencję i białawy kolor. Po nałożeniu biała warstewka wchłania się dość szybko. Niestety! Nie wiem, co za laboratoryjny geniusz wpadł na to, by do produktu do twarzy załadować naprawdę końską dawkę oleju mineralnego. Ja rozumiem, że drogeryjne produkty do twarzy za 2zł nie muszą być eko, toleruję silikony, wybaczam parabeny, ale parafina? Na twarzy?! W takiej ilości?! Bez żartów.

ziel-apteka2

Łatwo wyobrazić sobie rezultaty. Maseczka wchłania się szybko, ale pozostawia na twarzy koszmarną, tłustą warstwę, którą nie bardzo da się ruszyć. „Wytarcie nadmiaru” jak uczynnie sugeruje nam producent, wcale nie załatwia sprawy, niewiele pomaga spłukiwanie, tonizowanie czy mycie. Skóra jest tłusta, pokryta sztucznym filmem, nieestetycznie się błyszczy. Nałożenie podkładu graniczy z cudem nawet ładnych kilka godzin po aplikacji. Dobroczynnych skutków zastosowania nie zauważyłam.

Resztę saszetki zużyłam na dłonie. Spektakularnych efektów w tym przypadku również nie było, ale przynajmniej im nie zaszkodziła. Naprawdę nie lubię krytykować kosmetyków (zwłaszcza małych firm, zawsze mi ich jakoś szkoda), ale przed tą maseczką muszę Was przestrzec: nigdy-jej-nie-kupujcie! Nigdy! Nie dajcie się skusić ładnym owockom na etykiecie, nie warto, nie warto!

Jako dodatkowy straszak przytaczam pełny skład: Aqua, Paraffinum Liquidum, Mineral Oil [to nie to samo?], Cetearyl Alcohol (and) Ceteareth-20, Isopropyl Myristate, Caprylic/Capric Trigliceryde, Glycerin, Urea, Dimethicone, Acrylates/Acrylamide Copolymer (and) Mineral Oil (and) Polysorbate-B5, Prunus Avium Fruit Extract, Zingiber Officinale (Ginger) Root Extract, Elaeis Guineensis (Palm) Oil, Imidazolidinyl Urea, Ethylparaben, Methylparaben, Propylparaben, Parfum, Benzyl Alcohol, Cinnamal, Citronellol, Eugenol, Geraniol, Limonene, Linalool.

✔ …cena?
✘ cała reszta

PS: Szczęśliwie podczas tych samych zakupów poza kitem znalazłam też hit, czyli eliksir do włosów Green Pharmacy – niebawem będzie notka ;)

* Warszawa, metro Stokłosy :)