Dobre dla dłoni: Isana 5% Urea + Palmer’s Cocoa Butter Formula

kremy1

polecamDo pielęgnacji dłoni podchodzę niestety z przeświadczeniem, że lepsze jest wrogiem dobrego. Na co dzień jestem z nich bardzo zadowolona, nie sprawiają mi problemów, skóra jest gładka i dobrze nawilżona bez używania żadnych konkretnych specyfików. Dlatego o kremach przeznaczonych specjalnie do pielęgnacji rąk przypominam sobie głównie w okresie jesienno-zimowym, kiedy przez niskie temperatury i rozkręcone ogrzewanie dopada je sezonowe przesuszenie. Jesienią rekompensuję dłoniom stracony czas i zapewniam im turbo-dawkę nawilżaczy. Dzisiaj chciałabym więc polecić Wam dwa kremy, które w ostatnim czasie wpadły w moje (nomen omen) ręce i naprawdę dobrze spisują się w tej roli.

kremy2

Palmer’s Cocoa Butter Formula – hands, elbows, knees & feet concentrated cream 

Marka Palmer’s kusiła mnie od dłuższego czasu. Sprawę przypieczętowało październikowe pudełko Glossybox, w którym pojawił się balsam brązujący tej marki. Pudełek od dłuższego czasu nie kupuję, bloga selekcjonerki edycji – Kasi Tusk – nie czytam, a mimo wszystko po obejrzeniu fotografii zawartości na blogach pobiegłam do drogerii, by wybrać z oferty Palmer’s coś dla siebie – ot, potęga marketingu! A ponieważ staram się zachować resztki rozsądku i kupować to, czego mam najmniej, zamiast wybierać pięćdziesiąty balsam do ciała albo setny żel pod prysznic, chwyciłam kakaowy krem przeznaczony do miejsc wymagających szczególnego nawilżenia: dłoni, łokci, kolan  i stóp.

Krem Palmer’s pachnie przepięknie, jak najprawdziwsze kakao – ilekroć go używam, mój chłopak pyta, dlaczego w pokoju pachnie czekoladą. Wysokie miejsca w składzie kosmetyku zajmują naturalne nawilżacze: masło kakaowe, olej kokosowy, olej palmowy. Jest też niestety parę mniej lubianych składników, jak olej mineralny, glikol propylenowy czy silikony (pełną listę podaję na dole notki). Na szczęście działanie kremu rekompensuje mi jego niezbyt fajny skład – pod tym względem Palmer’s sprawdza się świetnie. Dzięki skoncentrowanej formule jest bardzo wydajny, rewelacyjnie nawilża dłonie, szybciutko się wchłania i nie pozostawia na skórze tłustej warstwy. No i nie można nie doceniać jego aromaterapeutycznego wpływu – w końcu cóż lepiej poprawia humor w jesienne popołudnia niż piękny, utrzymujący się na dłoniach czekoladowy zapach? :)

Krem kosztuje ok. 10-15zł za 60g, na pewno jest dostępny w sklepach internetowych i w sieci drogerii Cosmedica. 

kremy4

Isana – krem do rąk 5% Urea 

Ta niepozorna, niezbyt piękna biało-czerwona tubka kryje świetny produkt za śmiesznie niskie pieniądze – cena regularna kremu Isany wynosi niecałe 6zł za 100ml. Skład kremu jest dość sympatyczny: na drugim miejscu olej sojowy, są też mocznik i masło shea. Podobnie jak Palmer’s, krem z Rossmanna jest dość gęsty, a przez to bardzo wydajny. Podoba mi się także bliżej niezidentyfikowany, ale bez wątpienia przyjemny dla nosa zapach z delikatną, kwiatową nutką. Isana wchłania się nieco wolniej niż Palmer’s, a dodatkowo na jakiś czas po aplikacji pokrywa dłonie lepkim filmem – jeśli nakładam krem na noc, zupełnie mi to nie przeszkadza, ale za dnia potrafi być nieco irytujące. Same efekty nawilżające są w przypadku obu kremów bardzo podobne: szorstkie od zimna dłonie błyskawicznie stają się mięciutkie i gładziutkie. Za Isaną przemawia też oczywiście cena i dostępność – krem znajdziecie w każdym Rossmannie. Są też inne wersje, ale jeszcze ich nie wypróbowałam.

*

Na korzyść kremu Palmer’s przemawia przepiękny zapach i szybkość wchłaniania, z kolei Isana zbiera punkty za fajny skład, cenę i dostępność. Jeden i drugi wydają mi się propozycjami godnymi polecenia na obecny sezon – obie tubki zużyję z niekłamaną przyjemnością.

Miałyście do czynienia z którymś z kremów? A może znalazłyście swój prywatny „krem wszechczasów”? Czekam na Wasze propozycje :)

kremy5

SKŁAD Isana: Aqua, Glycine Soia Oil, Glycerin, Urea, Sodium Lactate, Cethyl Alcohol, Stearic Acid, Glyceryl Stearate SE, Caprylic/Capric Triglyceride, Butyrospermum Parkii Butter, Cera Alba, Panthenol, Carbomer, Parfum, Tocopheryl Acetate, Phenoxyethanol, Sodium Hydroxide, Xanthan Gum, Linalool, Hexyl Cinnamal, Citronellol.

SKŁAD Palmer’s: Acqua, Theobroma Cacao (Cocoa) Extract, Petrolatum, Propylene Glycol Stearate, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Glycerin, Propylene Glycol, Glyceryl Stearate, Cetyl Alcohol, Mineral Oil (Paraffinum Liquidum), Theobroma Cacao (Cocoa) Butter, Elaeis Guineensis (Palm) Oil, Dimethicone, Tocopheryl Acetate, Ascorbyl Palmitate (Vitamin C), Retinyl Palmitate (Vitamin A), PEG-8 Stearate, Hydroethylcellulose, Behentrimonium Methosulfate, Cetearyl Alcohol, Stearalkonium Chloride, Fragrance (Parfum), Benzyl Alcohol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Yellow 5, Orange 4.

Babydream fur Mama – najbardziej wszechstronny kosmetyk świata

babydreampolecamTrochę ostatnio zaniedbałam pielęgnacyjną część bloga, dlatego dzisiaj (w ramach rekompensaty) parę słów o kosmetyku, który jest moim absolutnym hitem ostatnich paru miesięcy. Mowa o płynie do kąpieli Babydream für Mama z „dziecięcej” serii produkowanej dla Rossmanna. Większość z Was pewnie już go używała, albo przynajmniej o nim czytała. Jeśli nie – koniecznie to nadróbcie!

Cały sekret w tym, że dzięki fajnemu, naturalnemu składowi Babydream für Mama można stosować nie tylko jako płyn do kąpieli – ja sama kupiłam go jako szampon do codziennego mycia włosów, skuszona pozytywnymi opiniami na włosomaniackich blogach, ale szybko znalazłam dla niego jeszcze kilka innych zastosowań. Poza myciem włosów, stosuję go także jako żel pod prysznic, do mycia twarzy, do higieny intymnej. Czasem używam go również jako płynu do kąpieli, zgodnie z przeznaczeniem :)

1. Babydream für Mama jako płyn do kąpieli

To zastosowanie najmniej do mnie trafia – niestety, w wannie lubię duuużo piany i mocne, konkretne zapachy, a Babydream żadnej z tych rzeczy nie oferuje. W składzie brak mocnych detergentów, jest za to dużo naturalnych olejków, dlatego dolany do wanny, płyn barwi wodę na biało i wyraźnie ją zmiękcza – uczucie suchej, ściągniętej skóry, tak częste przy obcowaniu z drogeryjnymi „spieniaczami”, na pewno Wam po nim nie grozi :) Przy tej okazji wspomnę od razu o zapachu – rossmannowski płyn dla mam pachnie bardzo słodko, trudno mi sprecyzować ten aromat, chyba najbliżej mu do migdałowego (takiego jak „słodkie trufle i migdały” z serii Sweet Secret). Przyjemny, ale na dłuższą metę duszący. Nie zrozumcie mnie źle, płyn dobrze spełnia swoją podstawową rolę i nie mam mu właściwie nic do zarzucenia (choć na co dzień wolę inne specyfiki) – po prostu jest za fajny, żeby używać go wyłącznie w ten sposób :)

2. Babydream für Mama jako szampon 

Nadal jestem w fazie poszukiwań idealnego szamponu na co dzień i przede wszystkim dlatego opisywany dzisiaj kosmetyk trafił w moje ręce. Jako szampon Babydream sprawuje się bardzo przyzwoicie – dzięki delikatnemu składowi jak najbardziej nadaje się do regularnego stosowania, nie podrażnia, nie wysusza, przyzwoicie oczyszcza, nie plącze włosów bardziej niż podobne specyfiki. Niestety, duża ilość olei może trochę obciążać włosy i sprawić, że szybciej się będą przetłuszczać (dla porównania: po dziecięcym szamponie Babydream utrzymywały świeżość przez 2-3 dni, po wersji dla mam – przez ok. 1,5 dnia). Przyjemnie mi się go używa, ale to wciąż nie ten ideał, którego dalej szukam.

3. Babydream für Mama jako żel pod prysznic + płyn do oczyszczania twarzy ♥

Tak naprawdę strzałem w dziesiątkę okazało się dopiero użycie płynu Babydream w charakterze żelu pod prysznic. Na pewno kojarzycie nowy trendy-super-hit, czyli „balsamy pod prysznic” firmy Nivea. Otóż Rossmann wymyślił to wcześniej :) Babydream jest jak żel do mycia + nawilżający balsam w jednym. Po umyciu się tym płynem skóra staje się tak jedwabiście gładka, jakbym właśnie wklepała w nią solidnie nawilżający balsam – tylko bez tracenia czasu i czekania, aż się wchłonie. Idealne rozwiązanie na poranki w trybie pospiesznym albo wyjazdy, na które nie chce się wozić tony kosmetyków. Chyba jeszcze długo nie przestanę się tym zachwycać – do tej pory wszystkie żele, których używałam, przesuszały skórę. W mniejszym lub większym stopniu, ale jednak. A tu proszę – niepozorny rossmannowski płyn działa takie cuda, że używając tylko jego można by spokojnie zapomnieć o stosowaniu jakichkolwiek nawilżających specyfików.

Z tych samych względów używam go czasem również jako płynu do mycia twarzy i efekty są równie zadowalające – myślę, że dobrze się sprawdzi u posiadaczek cery normalnej albo ze skłonnościami do przesuszeń. Więc jeśli macie dosyć SLES-owych bomb z drogeryjnych półek, poeksperymentujcie z Babydream :)

* * *

A Wy? Próbowałyście już rossmannowskiego płynu dla mam? Jakie miałyście z nim doświadczenia? A może macie pomysł, jak jeszcze można go wykorzystać? Jeśli tak – koniecznie dajcie znać!

Pełny skład: Aqua, Glycine Soja (Soybean) Oil, Sorbitol, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Cocoamphoacetate, Cocamidopropyl Hydroxysultaine, Parfum, Sodium Chloride, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Glycerin, Whey Protein, Lactose, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Polyglyceryl-10 Laurate, Polyglyceryl-2 Laurate, Glyceryl Caprate, Xanthan Gum, Tocopherol, Citric Acid.

Babydream für Mama powinien być dostępny w każdym Rossmannie, na półce z płynami do kąpieli. Butelka o pojemności 500ml to koszt ok. 10zł.

rozdanie-baner

PS: Urodzinowe rozdanie – do 18 sierpnia

Polecam: krem brzozowy Sylveco

sylveco3

polecamPierwszy rozdział pracy napisany i wreszcie mam chwilę, by zająć się bardziej przyjemnymi rzeczami, czytaj: blogiem. Dziś będzie więc kilka słów o polskich produktach, które mam co prawda od niedawna, ale już zdążyły zaskarbić sobie moją sympatię. O kremach Sylveco dużo się ostatnio pisze i to chyba w wyłącznie dobrych słowach – nie spotkałam się jeszcze z negatywną recenzją. Nic dziwnego! Rzadko się zdarza, by kosmetyk miał aż tyle zalet, a przede wszystkim: by tak dobre działanie i tak smakowity skład szły w parze z naprawdę przystępną ceną.

Na markę Sylveco trafiłam podczas poszukiwań sprawdzonego i w miarę ekologicznego kosmetyku, który poradziłby sobie z moją przesuszającą się skórą lepiej niż drogeryjne specyfiki. Po przejrzeniu oferty sklepu internetowego zdecydowałam się na próbę na dwa produkty z serii polecanej do pielęgnacji skóry silnie przesuszonej i atopowej: lekki krem brzozowy (według zapewnień producenta idealny pod makijaż) i silnie nawilżający i natłuszczający krem brzozowy z betuliną.

sylveco4

Lekki krem brzozowy zapakowany jest w wygodne próżniowe opakowanie z pompką, dzięki czemu jest ekonomiczny i higieniczny. Pachnie przyjemnie i nienachalnie, faktycznie nasuwa skojarzenia z zapachem brzozowych liści. Dzięki dość wodnistej konsystencji błyskawicznie się rozprowadza i faktycznie nie przeszkadza w nakładaniu makijażu, nawet po zaledwie kilku minutach od aplikacji. Nie powoduje błyszczenia, nie roluje się, nie podrażnia. Przy tym zauważalnie nawilża skórę, choć nie nazwałabym jego działania spektakularnym – w tej roli dużo lepiej sprawdza się drugi krem z serii. Wersja lekka jest za to idealna na wszystkie poranki z turbo-przyspieszeniem, kiedy na nic nie ma czasu.

Rzućcie okiem na baardzo przyjemny skład, w którym próżno szukać drogeryjnej chemii, pełno za to naturalnych dóbr (masło shea, oleje, witamina E, betulina). Jeśli ciekawią Was działanie czy rola jakiegoś składnika, dokładne objaśnienia znajdziecie na stronie producenta.

Pełny skład: Woda,  Olej z pestek winogron,  Olej sojowy,  Ksylitol,  Sorbitan Stearate & Sucrose Cocoate,  Masło karite (Shea),  Stearynian glicerolu,  Olej arganowy, Olej jojoba,  Kwas stearynowy,  Alkohol cetylostearylowy,  Alkohol benzylowy, Betulina,  Witamina E,  Ekstrakt z aloesu,  Alantoina,  Guma ksantanowa,  Kwas dehydrooctowy,  Ekstrakt z mydlnicy lekarskiej,  Lupeol,  Kwas oleanolowy,  Kwas betulinowy.

Cena: 24,92zł / 50ml.

sylveco2

Lekka wersja kremu brzozowego jest w porządku, ale to jego „podstawowa” formuła okazała się dla mnie absolutnym hitem. Krem brzozowy z betuliną występuje w typowym słoiczku z nakrętką, zapakowanym ponadto w bardzo estetyczny kartonik z dość szczegółową ulotką. Szkoda, że i w tym przypadku producenci nie zdecydowali się na zastosowanie praktycznego atomizera, ale chyba tłumaczy ich bardzo gęsta konsystencja tej wersji. Po nałożeniu (wystarcza naprawdę niewielka ilość!) krem pokrywa skórę błyszczącą, tłustą warstewką, dlatego niestety nadaje się do stosowania tylko na noc, albo w takie dni, kiedy możecie zostać w domu. Warto się jednak przemęczyć i pozwolić kremowi spokojnie się wchłonąć, bo efekty są fantastyczne. Produkt Sylveco robi bowiem z moją skórą coś, co do tej pory udawało się tylko Nuxe Crème Fraîche – w ciągu kilku godzin sprawia, że moje chropowate z przesuszenia czoło, na które nie działało absolutnie nic, nagle staje się wygładzone i mięciutkie jak aksamit. Do tego, naturalnie, nie zapycha, nie uczula, nie piecze i ma całkowicie ekologiczny skład. Wow!

Pełny skład: Woda,  Olej sojowy,  Olej jojoba,  Olej z pestek winogron,  Wosk pszczeli, Betulina,  Stearynian sodu,  Kwas cytrynowy.

Cena: 24,11zł / 50ml.

*

Nie byłabym sobą, gdybym dodatkowo nie pochwaliła oprawy graficznej produktów Sylveco. Opakowania (i te właściwie, i dodatkowe zabezpieczające kartoniki) są naprawdę bardzo przemyślane, proste, czytelne i jednocześnie estetyczne. Poza zamówionymi produktami w mojej paczce znalazłam także szczegółową ulotkę objaśniającą działanie wszystkich zastosowanych w kosmetykach substancji i bardzo ładny katalog z pełną gamą oferowanych przez Sylveco produktów – sprytnie, bo nie ukrywam, że teraz mam chrapkę na większość.

Kremy brzozowe Sylveco to po prostu dobre kosmetyki. Dopracowane, bez zbędnej chemii, w przyzwoitej cenie i na dodatek naprawdę działające tak, jak obiecuje producent. Niby nic niezwykłego i w idealnym świecie można by było tego oczekiwać od każdego nowego zakupu, ale w praktyce znalezienie dobrego i niedrogiego kremu naprawdę stanowi wyzwanie. Tym bardziej warto inwestować w niewielkie, polskie firmy, bo jak dowodzi przykład Sylveco, w ich ofercie można znaleźć prawdziwe perełki. Gorąco polecam!

♥ Essie – Mint Candy Apple

Zawsze mi się wydawało, że droższe lakiery różnią się od drogeryjnych tylko nazwą i dodatkowymi punktami lansu. Tak było, dopóki nie kupiłam Essie w odcieniu Mint Candy Apple, a właściwie dopóki po raz pierwszy nie pomalowałam nim (nią?) paznokci. Panie i panowie… zakochałam się.

24-03-01

I wcale nie chodzi tylko o kolor, choć moim zdaniem jest fantastyczny – Mint Candy Apple to taka klasyczna, rozbielona mięta z lekkim dodatkiem niebieskości, zawsze oglądając swatche Essie na blogach największą uwagę zwracałam właśnie na ten odcień. Jednak wrażenie zrobił na mnie przede wszystkim sam proces malowania paznokci. Wow! Dawno nie używałam tak bezproblemowego lakieru. Świetnie wyprofilowany, szeroki pędzelek pozwala na wyjątkowo precyzyjną aplikację i zmniejsza zabrudzenia do minimum (a ja jestem z tych, co przez przypadek potrafią sobie wybrudzić pół palca, a dodatkowo spodnie, książkę i stół). Właściwie czułam się tak, jakby pędzelek malował za mnie :) Lakier nie sprawia problemów jeśli chodzi o smużenie czy „bąbelkowanie”, całkowicie kryje po dwóch warstwach i szybko wysycha. Ideał.

mint-candy

Ale to jeszcze nie wszystko – do długiej listy zalet Mint Candy Apple należy także doliczyć trwałość. Kojarzyłam z blogosfery sporadyczne narzekania na kiepską wytrzymałość Essie, więc nastawiłam się na najgorsze – tym większe było moje zaskoczenie, bo to najbardziej wytrzymały lakier, jakiego kiedykolwiek używałam. Może pamiętacie z moich wcześniejszych notek sformułowania typu „trwałość jest niezła, lakier wytrzymał 2-3 dni bez większych odprysków„? Słowo „większe” jest tutaj kluczowe – na mojej płytce odpryski to norma już 1. dnia, przetarcia przy końcówkach są na porządku dziennym i naprawdę wystarczy, że lakier nie odpada do połowy paznokcia, bym uznała go za dobry.  Tak było – dopóki nie użyłam Essie. Noszę Mint Candy Apple czwarty (!) dzień i poza minimalnym ubytkiem na jednym palcu lakier trzyma się idealnie. Pierwszy raz zmieniam lakier po 4 dniach dlatego, że mam ochotę na nowy kolor, a nie zmuszona przez okoliczności ;)

24-03-02

Przy tym wszystkich cena 30-35zł za 13.5ml nagle przestała mi się wydawać kosmiczna. Kupowanie w mniejszych ilościach, droższych, ale lepszych jakościowo rzeczy ponownie okazuje się niezłą strategią, która jak widać dotyczy także lakierów – gdybym tylko potrafiła zawsze o tym pamiętać!

Essie Mint Candy Apple | ok. 35zł/13.5ml | dostępny w drogeriach SuperPharm, Hebe i Douglas.