Marcowe denko

Jak mijają Wam święta? Moje upływają pod znakiem Listów Słowackiego i porządkowania przestrzeni. Zanim zabiorę się za stertę nieuprasowanych ubrań i kuchenne szafki, postanowiłam uporać się z marcowym denkiem. Jak zwykle – jest tego dość dużo, a że ostatnio jakoś mi wychodzi niekupowanie zbędnych kosmetyków, moje zapasy wreszcie zaczynają się kurczyć (co niezmiernie mnie cieszy).

d-03-1

Tradycyjnie zaczynam od produktów do nawilżania ciała. W tym miesiącu udało mi się wykończyć cztery (+ małą próbkę rozgrzewającego masła Pat&Rub, której nie ma na zdjęciach). O czekoladowym maśle Starej Mydlarni (1) pisałam już tutaj – tragedii nie było, ale jego skład i właściwości mocno mnie rozczarowały. Skończyłam też pierwsze z czterech posiadanych przeze mnie maseł The Body Shop (2) – wersja Sweet Lemon pachnie przepysznie, jak cytrynowe lody, ale zdecydowanie wolę lżejszą formułę balsamów od TBS. Balsam Carried Away od Bath&Body Works (3) to przede wszystkim piękny zapach, o dziwo idący w parze z przyzwoitymi właściwościami pielęgnacyjnymi (powinnam raczej napisać „wygładzającymi” – dużo, dużo silikonów). I wreszcie mleczko z bio-olejkiem arganowym od Ziai (4), które zrecenzowałam już w tej notce

d-03-2

Z okazji urodzin kupiłam sobie w The Body Shop także minizestaw Chocomania. Czekoladowe masło i nawilżacz do ust jeszcze czekają w kolejce, póki co udało mi się skończyć jedynie scrub do ciała (1) i żel pod prysznic (2). Jeden i drugi bardzo mi się spodobały i planuję wkrótce uzupełnić zapasy o bardziej adekwatne do pory roku wersje zapachowe. Bardzo przyjemnie zużywało mi się także musujące kostki do kąpieli z Sephory (3), które istotnie musowały (wbrew pozorom rzadkość), a przy tym nie wysuszały skóry. Nie mogę tego niestety powiedzieć o karmelowym płynie do kąpieli Luksji (4), z którym zdecydowanie się nie polubiliśmy, dlatego – mimo pięknego zapachu – nie będę do niego wracać.

d-03-3

W pielęgnacji twarzy bez większych zmian – obecnie co prawda planuję małą rewolucję i eliminację drogeryjnych produktów, ale w marcu denkowałam zapasy. Peelingująco-rewitalizujący żel do mycia twarzy Garniera (1) to całkowity przeciętniak, od innych produktów tego typu odróżniał go tylko ładny zapach. Zużyłam też drugi słoik kremu L’Oreal Nutri Gold Light&Silky (2), ale wersja na dzień nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak pierwszy, nocny słoiczek. Rozczarowała mnie też truskawkowa-waniliowa maseczka Rival de Loop (3) o działaniu równie anemicznym jak jej (chemiczno-waniliowy) zapach. Balsam Cetaphil (4) to z kolei denko mojego chłopaka – produkt kultowy, mnie jakoś nie zachwyca, chociaż jego wydajność jest faktycznie nie z tej ziemi.

d-03-4

Pielęgnacja włosów upłynęła pod znakiem Rossmanna. Zużyłam moją pierwszą butelkę morelowego szamponu Alterry (1) i baardzo się polubiliśmy (więcej pisałam o tym w poprzedniej notce o pielęgnacji włosów). Skończyłam także podstawową isanowską odżywkę w odmianie różowej (2). Drażnił mnie jej zapach i żadnych cudów wynikających z jej regularnego stosowania nie zauważyłam, ale właściwie kupiłam ją wyłącznie z myślą o zabezpieczaniu włosów przed myciem. W kryzysowej sytuacji dobrze sprawdziła się także jako pianka do golenia ;) Pianka do włosów kręconych Isana (3) pojawia się w każdym tego typu zestawieniu – naprawdę nie mam większych wymagań, jeśli chodzi o stylizację :) Do zużyciowego worka trafił także żel/szampon [3D] MENSION od Schwarzkopf (4) – jeden z pełnowymiarowych produktów dołączonych do męskiego Glossybox. Dziwny! Pachnie świeżo skoszoną trawą, albo pokrzywą jak twierdzi tester-mój chłopak. Mimo to doczekał się wielu komplementów, począwszy od designu opakowania, na dobrym działaniu oczyszczającym skończywszy.

d-03-5

Stawkę zamyka kilka produktów „bez kategorii”. Limitowana edycja mydła w płynie od Isany (1) okazała się jednym z piękniej pachnących specyfików, jakich kiedykolwiek używałam: idealnie zimowy zapach, przypominający grzane wino. Mam szczerą nadzieję, że w przyszłym roku będzie znów dostępna. Ładnie pachniał (i niczym więcej się nie wyróżniał) także bawełniany żel pod prysznic od Lirene (2). Do kosza trafiły jeszcze kolejne opakowanie isanowskiego zmywacza (3) i dezodorant Isana Med (4) – czytałam w internecie sporo narzekań, ale w moim (mało problemowym) przypadku sprawdzał się bez zarzutu.

To wszystko. Jak przystało na świąteczną słomianą wdowę zabieram się do wielkich porządków, a Wam oczywiście życzę wesołych świąt – spędzajcie je dokładnie tak, jak chcecie! :)

Reklamy

Denko listopadowo-grudniowe

d-1112-1

Po krótkiej przerwie, spowodowanej pobytem w domu rodzinnym mojego chłopaka (a co za tym idzie – mniejszym dostępem do internetu i większą ilością mniej interaktywnych rozrywek), wracam do żywych z całą torbą pustych opakowań. Oto, co udało mi się zużyć przez ostatnie dwa miesiące.

d-1112-2

Balsamy, kremy, mleczka: 

  • Dairy Fun – masło do ciała o zapachu karmelizowanego jabłka | szerzej pisałam o nim tutaj. Koszmarek, nie polecam.
  • Isana – krem do ciała kakao & masło shea | kakaowy krem Isany to wakacyjny hicior większości blogerek, również i mój. Na pewno jeszcze do niego wrócę. Pełen opis produktu możecie przeczytać tu.
  • Bath & Body Works – balsam do ciała Warm Vanilla Sugar | mój nabytek w ramach listopadowego rozsądnego shoppingu. Urocze retro opakowanie, fantastyczny zapach, przyzwoite działanie – jestem na tak i korzystając z promocji w B&BW dzisiaj jadę uzupełnić zapasy :)
  • Scottish Fine Soaps – mleczko do ciała Au Lait | Element grudniowego Glossybox, który dostałam w ramach wymiany z przyjaciółką za drenujący koncentrat Tołpy. Teraz trochę żałuję, bo mleczko nie zachwyca ani zapachem, ani działaniem, a próbka 30ml okazała się śmiesznie mała – starczyła raptem na dwa użycia.
  • Kings & Queens – masło do ciała King Akbar | Początki były trudne, bo aplikacja masła wymaga dużo pracy, ale efekt przerasta oczekiwania. Mimo dość wysokiej jak na mój gust ceny (45zł/200ml) na pewno kupię je ponownie w innej wersji zapachowej. Więcej o zestawie Kings & Queens przeczytacie tutaj (w komplecie recenzja żelu pod prysznic, o którym poniżej).

d-1112-3
Pod prysznic:

  • Ziaja – kokosowe mleczko pod prysznic | chociaż ostatnio nie przepadam za Ziają, kokosowe mleczko pod prysznic pozostaje moim pielęgnacyjnym faworytem. Ogromna butla pięknie pachnącego płynu w śmiesznie niskiej cenie. W kolejce czeka jeszcze jedno opakowanie – zużywanie go będzie dla mnie ogromną przyjemnością.
  • Kings & Queens – żel pod prysznic Emperor Akbar | dostałam w komplecie z masłem, ale – w przeciwieństwie do pierwszego elementu dwupaku – raczej do niego nie wrócę, bo to dość drogi zwyklak.
  • Yves Rocher – żel pod prysznic z wakacyjnej edycji Smoothie (mango i marakuja) | Przyjemny, słodki z cierpką nutą, kojarzył mi się z herbatą o smaku egzotycznych owoców. Szkoda, że w regularnej sprzedaży już nie jest dostępny.
  • Oriflame Nature Secrets – złuszczający żel pod prysznic z maliną i miętą | Pełną recenzję przeczytacie tutaj. Trochę się na nim zawiodłam, ale ostatecznie całkiem polubiłam, głównie z powodu świetnego, orzeźwiającego zapachu. Niestety, przy najlepszych chęciach trudno nazwać ten żel „peelingiem”, bo jego działanie złuszczające jest zerowe. Raczej do niego nie wrócę.

d-1112-4

Płyny do kąpieli:

Moje uczulenie na produkty Farmony szczęśliwie nie obejmuje kąpielowej linii Sweet Secret, dlatego z dużą przyjemnością zużyłam dwie ogromne butle czekoladowego mleka do kąpieli i kokosowego olejku do kąpieli. Są tanie (ok. 14zł/500ml), są wydajne, produkują przyzwoite ilości piany, pachną przepięknie. Na pewno jeszcze do nich wrócę i mam nadzieję, że doczekam się płynów także w pozostałych wariantach (zwłaszcza szarlotkowego). Wersję bananowo-kokosową polecam raczej na lato, wersja czekoladowo-pistacjowa jest idealna na zimę.

d-1112-7

  • Malwa – krem do stóp z nanosrebrem | Krem odnaleziony na dnie jakiegoś pudła podczas porządków, zużyty w ekspresowym tempie z racji bardzo krótkiej daty ważności. Nic nadzwyczajnego, ale przyjemny.
  • H&M – waniliowy krem do rąk z masłem shea | Nie polubiliśmy się (to jeden z moich kitów listopada), ale ma jedną niezaprzeczalną zaletę – dzięki malutkiej tubce zmieści się wszędzie, do każdej torebki, do najmniejszej kosmetyczki, dlatego w minionym miesiącu często mi towarzyszył.
  • Figs & Rouge – balsam do ust Peppermint & Tea Tree | To z kolei największy hit tego samego zestawienia, fantastycznie nawilża nie tylko usta, lecz także wszystkie inne przesuszone miejsca (łokcie, skórki). Będę do niego wracać.
  • Batiste – suchy szampon o zapachu wiśni | To też próbka z grudniowego Glossy. Jako niereformowalny leń jestem dużą fanką suchych szamponów, a ten uznałam za bardzo przyzwoity (chyba lepszy niż Isana, której używałam do tej pory). Dobrze oczyszcza, wyczesanie go z włosów nie zajmuje wiele czasu, tylko ten zapach wiśni jakiś trudny do uchwycenia…
  • Juicy Couture – Viva La Juicy! EDT | Druga z próbek Viva La Juicy! Bardzo przyjemny, słodko-dziewczęcy zapach. Polubiłam go do tego stopnia, że na Mikołajki zamówiłam pełnowymiarową wersję :)
  • L’Oréal Nutri Gold Light & Silky na noc | Odkrycie tej jesieni. Krem ładnie pachnie, cena nie jest zaporowa (ok. 40zł/50ml), a co najważniejsze – kondycja mojej skóry widocznie się poprawiła, a to nie lada sukces.

d-1112-9

  • Clean & Clear – głęboko oczyszczający kremowy żel do mycia twarzy | Jeśli chodzi o żele do mycia twarzy, raczej nie przywiązuję się do konkretnych formuł czy marek, nie widzę między nimi większych różnicy. Clean & Clear nie jest wyjątkiem – używało mi się go przyjemnie i bezproblemowo, ale specjalnie za nim nie tęsknię.
  • Isana – pianka do włosów kręconych | Jak już pisałam przy okazji poprzednich denek, ta pianka zapewne będzie się pojawiać w każdym zestawieniu tego typu – to mój must have od kilku ładnych lat…
  • Isana – bezacetonowy zmywacz do paznokci | …tak jak i isanowy zmywacz. Naprawdę dobra jakość za niewielkie pieniądze.

d-1112-10

Saszetki: 

  • próbka wiśniowego balsamu do ust Carmex | dzięki grudniowemu Glamour kultowy Carmex wreszcie trafił w moje ręce. Mam mieszane uczucia: faktycznie bardzo dobrze pielęgnuje usta i gwarantuje długotrwałe nawilżenie, nie mogłam się jednak przyzwyczaić do paskudnego, mentolowego posmaku, jaki zostawiał w buzi.
  • L’Occitane mydełko z werbeną | Próbka dołączona do sierpniowego Glossybox. Przyjemne, dzięki zawartości peelingujących, werbenowych drobinek, ale w cenie regularnej nie kupiłabym go nigdy w życiu.
  • Perfecta SPA maska serum do stóp + wulkaniczny peeling do stóp | Przyjemny duet, pachnie tak samo jak analogiczna duo-saszetka do rąk. Raczej nie używam osobnych peelingów do stóp, a kremów mam pod dostatkiem, ale nie wykluczam, że jeszcze kiedyś do niego wrócę.
  • Rival de Loop – mleczno-miodowa maseczka | O tym produkcie dużo już na blogu napisałam – wszystkie wpisy możecie znaleźć tutaj.
  • H&M – malinowa maseczka oczyszczająca | Klasyczny „produkt nic”, czyli bez szału w żadnym zakresie – ani nie pachnie (miała być malina, czuję bardziej ogórki), ani nie działa, ani nie jest powalająco tania. Dobrze, że przynajmniej mnie nie uczuliła. Nie polecam.
  • Stara Mydlarnia – czekoladowa maska na gorąco | Miłość tego miesiąca – pełną superlatyw recenzję możecie przeczytacie tu.

d-1112-5

Kolorówka: 

  • Essence – podkład Clear & Matt | Przez długi czas mój faworyt wśród podkładów, ostatnio okazał się jednak niewystarczający – matuje, ale bardzo słabo kryje.
  • Happymore BB cream | Próbka dołączona do listopadowego Glossybox. Więcej o kremie pisałam również w zestawieniu listopadowych „hitów i kitów” (Happymore okazało się hitem, oczywiście).
  • Oriflame – maskara Very Me Click It! | Przyjemna, choć polecałabym ją raczej fankom delikatnego efektu czy tzw. make up no make up. Dla osób ceniących bardziej spektakularny look z pewnością okaże się niewystarczająca.

Poza produktami zużytymi, musiałam się także pozbyć kilku produktów przeterminowanych, zalegających o wiele za długo w łazienkowych szufladkach i pudełeczkach. Z „komódki kolorówkowej” poleciały dwa tryptyki cieni Inglot (zdecydowanie nie moje kolory, niestety), podwójny róż Maybeline, zaschnięty na kość brązowy eyeliner Art Deco (ogromna szkoda), czerwony błyszczyk Bell i czarny, brokatowy „błyszczyk do powiek” Miss Sporty, którego chyba nigdy nie użyłam z powodu jego dziwacznej, lepkiej konsystencji.

d-1112-6

Musiałam się także pożegnać z przeterminowanym duetem wyszczuplającym Eveline – szczęśliwie mam już identycznych zastępców z dłuższą datą ważności.

d-1112-8

W tym miesiącu razem ze mną denkował także mój chłopak, który dorzucił do torby nawilżający żel do mycia twarzy Soraya Men Adventure 20+ (wszystko okej jeśli chodzi o działanie i zapach, tylko opakowanie nie wytrzymało i pękło na górze…) oraz próbkę żelu pod prysznic Apart Prebiotic (zapach! zapach! zapach!).

Uff! Mam nadzieję, że dobrą passę w zużywaniu pod koniec roku można potraktować jako wróżbę na rok przyszły – być może 2013 wcale nie będzie Rokiem Węża, jak chcieliby Chińczycy, tylko Rokiem Denka (ewentualnie, wnioskując po powyższym zdaniu, może być również rokiem sucharzastych żartów, ale tego już sobie samej nie życzę).

Zużycia vol. 2

Od jakiegoś czasu staram się (z różnym powodzeniem) kupować jak najmniej i zużywać jak najwięcej. Chciałabym w końcu pozbyć się wszystkich tych pozaczynanych i zużytych w 1/4 słoiczków. Nie ukrywam: moją największą motywacją jest zużywanie po to, by można było kupić nowe produkty, na które od dawna mam chrapkę :) ale w sumie, co w tym złego. Zresztą, codzienne dorzucanie do reklamówki nowego denka samo w sobie przynosi mi niezłą satysfakcję.

Oto więc – jak na mój gust całkiem spory, co napawa mnie ogromną dumą – zbiór produktów zużytych przez ostatnich kilka tygodni:

  • Joanna Naturia – truskawkowy balsam do ciała narzekałam na niego na początku, ale z biegiem czasu bardzo się polubiliśmy. Pachnie jak landrynka, rewelacyjnie się wchłania, przyzwoicie nawilża i jest śmiesznie tani.
  • Fuss Wohl – dezodorant do stóp rossmannowski klasyk, zawsze obecny w mojej kosmetyczce (w szafce na buty, biorąc rzecz bardziej ściśle).
  • Isana Hair – pianka do włosów kręconych i falowanych używam tej pianki już od kilku lat. To jeden z tych kosmetyków, po które wracałabym się z dworca, gdybym zapomniała go spakować przed podróżą (chyba, że jechałabym do miasta, w którym jest Rossmann).
  • Venus – pianka do golenia o zapachu melona przerzuciłam się na nią po roku używania konkurencyjnej pianki od Isany. Venus jest tańsza i większa, a komfort użytkowania wydaje się podobny.
  • Joanna Naturia – gruszkowy peeling do ciała mój ulubiony, peelingowy must have wreszcie zagościł na blogu, tym razem w gruszkowej wersji.
  • Isana Creme – mydło w płynie vitamin & yoghurt bardzo lubię dość dziwnie zdefiniowany „witaminowo-jogurtowy” zapach linii produktów Isany.
  • Fa – dezodorant Active Pearls 
  • Rene Furterer – maska do włosów suchych i bardzo suchych dodatek do październikowego Glossy, który nieco mnie rozczarował. Na moje długie włosy maski starczyło raptem na dwa użycia, a działanie wydawało mi się całkowicie niewspółmierne do wywindowanej ceny.
  • Bath & Body Works – balsam Pink Chiffon dodatek do wrześniowego Glossy. Działanie nie powaliło mnie na kolana, ale zakochałam się w zapachu, czego efektem był zakup mgiełki zapachowej Pink Chiffon kilka dni temu. Btw sklepy Bath & Body Works są najładniejsze na świecie.
  • Ziaja De-makijaż – nawilżający płyn do demakijażu oczu dramat, dramat, dramat! Używając tego płynu zaczęłam tracić wiarę w Ziaję (której wielką fanką byłam jeszcze we wrześniu). Efekty podobne do przemywania oczu wodą, zamglone widzenie i oczy pandy były na porządku dziennym. Szczęśliwie płyn dwufazowy jest nieco lepszy.
  • Yves Rocher – żel pod prysznic z limitowanej edycji Smoothie (ananas i kokos) bardzo lubię żele pod prysznic od Yves Rocher i regularnie testuję wszystkie sezonowe produkcje. Ten pachniał bardzo przyjemnie, jak piña colada. Szkoda, że w regularnej sprzedaży jest już niedostępny.
  • Nuxe – krem do skóry suchej produkt z wrześniowego Glossy, więcej o kremie tutaj. Słyszałam różne opinie, ja byłam nim zachwycona i cały czas zbieram się do zakupu pełnowymiarowej wersji, tylko 100 zł trochę mi szkoda (ile to peelingów z Naturii? Policzcie!)
  • Schwarzkopf Proffesional – szampon BC Oil Miracle więcej o nim można przeczytać w recenzji sierpniowego pudełka Glossybox.
  • Charmine Rose – kokosowy peeling do ciała o peelingu Charmine Rose również pisałam więcej tutaj. Świetnie złuszcza, pięknie pachnie, nie wiem czemu ciągle prokrastynuję zamówienie pełnowymiarowej wersji.
  • L’Oreal RevitaLift – mleczko do demakijażu dołączona do jakiegoś magazynu próbka, którą zabierałam ze sobą głównie na rozmaite wyjazdy. Poza codziennym demakijażem nieźle sprawdza się także podczas wyzwań hardkorowych – w kilka sekund uporała się z moim halloweenowym make-upem zombie girl.
  • L’Occitane – żel pod prysznic werbena więcej możecie przeczytać w recenzji sierpniowego Glossybox. W skrócie: ładnie pachnący, niebotycznie drogi średniak.
  • Joanna Naturia – kawowe masło do ciała wspominałam o nim w notce o wrześniowych zakupach. Baardzo pozytywne wrażenia – naturalny zapach kawy, dobre nawilżenie, bezproblemowa aplikacja. Na pewno jeszcze do niego wrócę.
  • perfumy Lola Marc Jacobs moja wielka miłość. Odurzająco słodki, dziewczyński, kwiatowy zapach, zamknięty w przepięknym flakonie.
  • próbka perfum Juicy Couture Viva La Juicy! powąchałam raz i zakochałam się na amen. Obecnie zużywam drugą próbkę (jak widać, kupowanie wielu czasopism dla pań ma jakieś zalety) i czekam na pełną wersję na święta :)
  • tusz do rzęs Miss Sporty Fabulous Lash 
  • tusz do rzęs Lovely Colagen Wear kieruję się zasadą, że najtańsze tusze są najlepsze :) Korzystanie zarówno z Miss Sporty, jak i z Lovely było przyjemnym i bezproblemowym doświadczeniem. Na korzyść tego ostatniego przemawia dodatkowo urokliwe opakowanie w deseń zebry.
  • eyeliner Catrice LE Carame pisałam o nim tutaj, w poście o październikowych nowościach. Porażka konsumenta-naiwniaka, w momencie zakupu eyeliner był już przeterminowany o jakieś 18 miesięcy. Z czystym sumieniem, bez używania wyrzucam.
  • Perfecta SPA – saszetka domowy manicure bardzo przyjemna saszetka, złożona z maski-serum i szafirowego peelingu. Przyjemny efekt za niewielkie pieniądze, polecam.
  • Mooya – maska + serum (wersja z zieloną herbatą) dodatek do październikowego Glossybox. Więcej możecie przeczytać tutaj (opis październikowego pudełka) i tutaj (porównanie maseczek).
  • Rival de Loop – maska mleko i miód przyjemne zaskoczenie. Więcej o rossmannowskiej maseczce tutaj.
  • Dairy Fun – sól do kąpieli o zapachu karmelizowanego jabłka bardzo przyjemny zapach i opakowanie wielokrotnego użytku, ale w cenie regularnej chyba bym jej nie kupiła. Tutaj znajdziecie opis masła do ciała z tej samej serii. Opakowanie po soli nie załapało się niestety na grupową fotkę.
  • Pat & Rub Home SPA – cukrowy peeling do ciała to denko niestety także nie załapało się na zdjęcia, głównie dlatego, że produkt Pat & Rub skończyłam dosłownie chwilę temu. Doceniłam jego odświeżający, nieco leśny zapach i naturalny skład, a także bardzo intensywne jak na peeling działanie natłuszczające, po którym balsam nie jest już potrzebny. Drażniła mnie natomiast nieco zbyt sypka konsystencja, przez którą trudno było wetrzeć go w skórę. Próbkę dostałam w październikowym Glossyboksie.

Póki co to tyle. Życzę samej sobie następnych, równie intensywnych miesięcy obfitego denkowania!

Maseczki – porównanie (Oriflame, Yves Rocher, Mooya, Rival de Loop)

Nie jestem jakąś wielką fanką maseczek. Używam ich sporadycznie, głównie wtedy, kiedy chcę się maksymalnie zrelaksować – cóż wtedy lepszego, niż ciepła, pachnąca kąpiel z kawą, książką i całą serią pielęgnacyjnych rytuałów? Ostatnio jednak wpadło w moje ręce kilka nowości, a że październik był dość burzliwym miesiącem, potrzebowałam naprawdę dużo relaksu i w efekcie dość intensywnie je testowałam. Relaks relaksem, ale blog musi żyć, więc w ramach podsumowania przygotowałam dla Was krótkie porównanie kilku maseczek. Bohaterami dzisiejszego posta będą produkty od Oriflame, Yves Rocher, Beautyface i rossmannowskiego Rival de Loop.

1. Oriflame Pure Nature – oczyszczająca maseczka z glinką i organicznym ekstraktem z łopianu (20zł/50ml) 

Nie chcę wyjść na złośliwą hejterkę, ale maseczka z serii Pure Nature, to kolejny produkt Oriflame, który nie spełnił moich oczekiwań. Już jakiś czas temu, w wyniku promocji typu „2 za 1”, kupiłam dwie maseczki z serii – nawilżającą z białą herbatą i oczyszczającą z łopianem. Wersja nawilżająca działała średnio – nie pomagała, ale i nie szkodziła. Z wersji oczyszczającej jestem dużo mniej zadowolona. Produkt ma konsystencję gęstej, szarawej pasty, pachnie znośnie, choć typowo „maseczkowo”. Według producenta, jest przeznaczony do skóry normalnej i tłustej. Maseczkę należy nałożyć na 10 minut, poczekać aż zaschnie, a następnie zmyć. W praktyce jednak 10 minut nie udało mi się wytrzymać ani razu – już po 2-3 skóra zaczynała mnie piec i miałam wrażenie bardzo nieprzyjemnego ściągnięcia. Efektów oczyszczających też niestety nie zauważyłam, chyba że napięcie i przesuszenie skóry się do nich zalicza. Być może na posiadaczki cery tłustej działa inaczej, ja jestem bardzo niezadowolona i mam ogromny problem ze skończeniem tej niewielkiej tubki.

(jeśli chodzi o Oriflame, z czystym sumieniem polecam za to tropikalną maseczkę Essentials).

2. Yves Rocher – maseczka owocowa nawilżająca z sokiem z winogron (21.90zł/50ml) 

Zawsze jakoś zestawiam w głowie Oriflame, Avon i Yves Rocher – podobne ceny, podobny asortyment. Różnica jest taka, że za pierwszymi dwiema firmami nie przepadam, za to Yvesa bardzo lubię (zwłaszcza serię Plaisirs Nature!). Także ich winogronowa maseczka przypadła mi do gustu. Kupiłam ją na początku lipca, w promocyjnej cenie 12.90. Do wyboru są różne wersje – rewitalizująca, odświeżająca, peeling – ja zdecydowałam się na neutralny nawilżacz. Maseczka ma postać lekkiego, bezbarwnego żelu. Producent zaleca nałożenie jej na twarz na 3 minuty, a następnie zmycie wodą. Jej niewątpliwymi atutami są, po pierwsze – przepyszny, winogronowy zapach, po drugie – estetyka (jeśli mieszkacie z mężczyzną, nie musicie aplikować jej ukradkiem ^^), po trzecie – wydajność. Od początku lipca używam jej dość regularnie, a nie udało mi się dotrzeć nawet do połowy opakowania. Działanie nie oszałamia, ale jest jednak zauważalne. Skóra wydaje się zrelaksowana, gładsza i nawilżona. Gdybym musiała wskazać jakiś minus, przyczepiłabym się do składu – niestety, znajdziemy w nim parabeny, chociaż są też przyjemnie zaskakujące elementy, takie jak prawdziwy sok z winogron czy mocznik.

3. Beautyface Mooya „Silny antyoksydant” – maska + serum (15.90zł/42g)

Ten produkt interesował mnie najbardziej z całego składu październikowego Glossyboxa. Trafiła do mnie antyoksydacyjna wersja z zieloną herbatą. Beautyface proponuje dwufazowy zabieg. Część pierwsza polega na nałożeniu na twarz na pół godziny nasączonego bio-aktywnymi substancjami bawełnianego płata. Na ten czas lepiej zrezygnować z jakichkolwiek aktywności, bo spływające po szyi „ekstrakty” utrudniają normalne poruszanie się, a nawet większą ekspresję mimiczną. Po odleżeniu 30 minut, należy zdjąć maskę i wklepać w twarz bio-aktywne serum. Największym minusem maski Mooya jest bez wątpienia niewygoda. Jestem zwolenniczką aplikacji maseczek „przy okazji” – podczas kąpieli, podczas porannej kawy itp. Mooya to uniemożliwia. Z jednej strony to plus, bo przez chwilę faktycznie poczułam się, jakbym była w SPA, ale z drugiej – duża niedogodność. Mimo szumnych zapowiedzi, efekty również nie powaliły mnie na kolana – maska i serum mocno piekły, a skóra nie wyglądała dużo lepiej niż po potraktowaniu jej tańszym, drogeryjnym produktem. Zdaję sobie sprawę, że po jednym użyciu trudno oceniać skuteczność i najlepiej zadziałałaby cała seria zabiegów. Tyle, że nie mam ochoty męczyć się więcej z tak skomplikowaną i utrudniającą funkcjonowanie aplikacją.

No i przyznajcie – „bawełniany płat w kształcie twarzy” wygląda naprawdę dość niepokojąco…

4. Rival de Loop – maseczka mleczno-miodowa z olejkiem z orzeszków makadamii i olejkiem z migdałów (ok. 2zł/16ml)

Odświeżona seria Rival de Loop wróciła do Rossmannów. Do tego zakupu przekonały mnie zapach mleka i miodu (nom nom!) i śmiesznie niska cena. Trochę przestraszyły mnie bardzo negatywne opinie na Wizażu i w rezultacie odważyłam się przetestować maseczkę dopiero wczoraj. Wrażenia? Zaskakująco pozytywne! Maseczka ma postać dość gęstego kremu. Producent zaleca nałożenie jej na 15 minut, a następnie zmycie lub wklepanie w twarz. Ładnie pachnie, dobrze się wchłania, podczas aplikacji troszeczkę piekła, ale nie zauważyłam żadnych uczulających efektów ubocznych. I przede wszystkim naprawdę dobrze nawilża – chyba najlepiej ze wszystkich opisanych przeze mnie produktów. Mam wrażenie, że efekt utrzymuje się dłużej niż do najbliższej kąpieli. Pojemność saszetek jest jednocześnie plusem i minusem: jedna połówka starcza spokojnie na 2-3 użycia. Z jednej strony dostajemy więc wystarczający na kilka tygodni produkt w śmiesznie niskiej cenie, z drugiej – ja wolę zużywać saszetki na raz, potem zasychają, nie wiadomo co z nimi zrobić itp. Tak czy owak, jestem bardzo przyjemnie zaskoczona i z czystym sumieniem polecam.