Denko kwartalne

Oj, daaawno nie było denkowej notki – ostatnia pojawiła się, o ile dobrze pamiętam, pod koniec kwietnia. Kupować mi się niezbyt chciało, na jakieś skomplikowane rytuały pielęgnacyjne nie było ochoty ani czasu, szczytem domowego SPA stało się dla mnie nocne smarowanie nóg balsamem. Dzisiejszy post, chociaż przedstawia zbiory z ostatnich trzech miesięcy, nie jest więc jakiś super obfity. Mimo wszystko, przez moje ręce przewinęło się kilka ciekawych kosmetyków, których w większości nie pokazywałam na blogu, dlatego dzisiaj zapraszam Was na garść mini-recenzji:

denko1

Kąpielowo: 

1. Farmona Tutti Frutti – olejek do kąpieli melon i arbuz | produktów Farmony staram się unikać, ale uwielbiam tę serię, a ich olejki do kąpieli mi nie szkodzą, więc korzystam ile się da. Wersja z melonem i arbuzem jest idealna na lato, może odrobinkę chemiczna, ale mimo wszystko baardzo przyjemna dla nosa i naprawdę odświeżająca.

2. Farmona – olejek do kąpieli trawa cytrynowa | ten olejek wzięłam ze względu na zapach trawy cytrynowej – bardzo specyficzny, ale na wiosnę szalałam na jego punkcie (głównie za sprawą serii relaksującej Pat&Rub). W przeciwieństwie do serii Tutti Frutti, nr 2 bardzo mnie rozczarował – niezależnie od ilości płynu wlanego do wanny, słabo się pienił i prawie wcale nie pachniał, a przecież tylko tego od niego oczekiwałam.

3. Fruttini – żel pod prysznic cherry & vanilla | seria Fruttini wraca do mnie od kilku lat – takie tanie, drogeryjne nic o niezbyt fajnym składzie, ale trzeba przyznać, że ich kosmetyki pachną fantastycznie.

4. Oriflame Nature Secrets – krem pod prysznic mango i jojoba | recenzja tego „kremu” była jedną z pierwszych notek opublikowanych na tym blogu (co o nim myślałam rok temu, można zobaczyć tutaj). Chyba sam fakt, że męczyłam jedną butelkę przez rok dowodzi, że niezbyt się polubiliśmy. Krem/żel pachniał ładnie, prawie w ogóle się nie pienił (można pomyśleć, że faktycznie taki delikatny jak zapowiada producent, ale skład nie pozostawia złudzeń), nawet do produkowania piany w wannie nie bardzo dało się go zużyć. Przeciętniaczek.

5. Ziaja – pomarańczowe mydło pod prysznic | kolejny produkt prysznicowy, tym razem ochrzczony mianem „mydła” (ile firm, tyle nazw?). To chyba moja ulubiony ze wszystkich wariantów ziajowych produktów do mycia, pachnie fantastycznie i bardzo realistycznie skórką pomarańczową, i o dziwo ma w składzie dodatek kilku przyjemnych olejków, czego nie widziałam w pozostałych wersjach.

denko2

Balsamowo:

1. Bath & Body Works – krem nawilżający White Citrus | jeśli chodzi o nawilżacze Bath & Body Works, zdecydowanie wolę balsamy – ich potrójnie nawilżające kremy dłużej się wchłaniają i mają tendencję do rolowania się długo po aplikacji. White Citrus polubiłam ze względu na orzeźwiający i intensywny, cytrusowy zapach – właściwie to dość męski aromat, ale doskonale pasował na upały.

2. Kings & Queens – miodowe mleczko do ciała Nefretiti | mleczko z serii Nefretiti kupiłam sobie na fali zachwytu masłem do ciała o zapachu mango (recenzja tutaj). Niestety, sprawował się dużo gorzej niż poprzednik – stosowany dłużej podrażniał mi skórę i słabo nawilżał.

3. Bath & Body Works – balsam do ciała Warm Vanilla Sugar | o ile kremy „triple moisture” lubię średnio, o tyle balsamy w charakterystycznych buteleczkach po prostu uwielbiam! Są bardzo wydajne, błyskawicznie się wchłaniają, zauważalnie nawilżają skórę, a ich zapach z powodzeniem może zastąpić perfumy. Zapach Warm Vanilla to taki krem brûlée, idealny na zimniejsze miesiące…

4. Bath & Body Works – balsam do ciała Pink Chiffon | …za to Pink Chiffon sprawdza się, kiedy jest trochę cieplej (chociaż uwielbiam go do tego stopnia, że właściwie mogę go używać przez cały rok).

5. The Body Shop – truskawkowe masło do ciała | zużyłam też kolejne z mini-masełek TBS, tym razem w wersji truskawkowej. Jego konsystencja odpowiadała mi chyba najbardziej ze wszystkich, które testowałam (poza truskawką były to wanilia, czekolada i cytryna) – jest dość lekkie i łatwe do rozsmarowania, co w przypadku nawilżaczy z The Body Shop wcale nie jest normą.

6. L’Occitane – miniaturki kremów do rąk (wersje z różą i piwonią) | próbki kremów L’Occitane miałam dzięki kuponom dołączonym do kwietniowego Glamour. Zużyłam i szczerze mówiąc nie rozumiem, co dziewczyny widzą w tej marce – szału nie było, w regularnej cenie na pewno nigdy bym ich nie kupiła.

denko3

Twarz:

1. Yasumi – płyn micelarny 3w1 | buteleczkę dostałam miliard lat temu w grudniowym Glossybox (ostatnie pudełko, które zamówiłam). Trochę mnie rozczarował, bo w ogóle nie radził sobie ze zmywaniem makijażu.

2. Ziaja – dwufazowy płyn do demakijażu oczu | …a ponieważ Yasumi okazało się niewypałem, wróciłam do mojego demakijażowego must have, czyli dwufazowego płynu Ziai.

3. Synergen – żel do mycia twarzy fruity flirt | próba zastąpienia żelu do mycia twarzy Clean&Clear tańszym odpowiednikiem z Rossmanna zakończyła się klapą. Płyn Synergen zdecydowanie mi nie podpasował – nie podobał mi się jego zapach, glikol propylenowy w składzie niepokoił, miałam wrażenie, że żel wysusza moją skórę. Na pewno do niego nie wrócę.

4. Bourjois – żel do mycia twarzy | całkiem przyjemnie używało mi się natomiast oczyszczającego żelu od Bourjois. Jego cena nie odbiega od większości tego typu specyfików, a produkt jest bardzo wydajny, ślicznie pachnie, nie podrażnia i ma w składzie sympatyczne, naturalne ekstrakty (poza tym, niestety, glikol propylenowy i parabeny). Przyzwoity, ale póki co nie mam zamiaru do niego wracać.

5. Sylveco – lekki krem brzozowy | o kremie pisałam już więcej tutaj, zachwyciło mnie, jak szybko się wchłania! Obecnie używam nowego Garnier, ale do Sylveco na pewno wrócę!

6. BeBeauty – fluid matujący | czyli podkład z Biedronki, kosztuje niecałe 10zł i jest dostępny w czterech wariantach kolorystycznych. Chyba nigdy nie wspominałam o nim na blogu, tymczasem z dużą dozą sympatii korzystam tylko z niego od kilku miesięcy. Fluid jest naprawdę przyzwoity – kosztuje grosze, bardzo dobrze kryje i ładnie matuje skórę. Jest tylko jeden minus – jak to zwykle bywa, odcienie podkładów nie są do końca dostosowane do polskich warunków – dla mnie i najjaśniejszy odcień zimą/wiosną był odrobinę za ciemny, a wcale nie mam takiej jasnej skóry.

7. Lovely – rozświetlacz do oczu Magic Pen | przez ostatnich kilka miesięcy regularnie używałam także korektora pod oczy od Lovely. Moją uwagę zwróciła niska cena i bardzo pomysłowy aplikator w formie pędzelka. Niestety, z bardziej widocznymi cieniami Lovely sobie nie poradzi, dlatego obecnie poszukuję czegoś o mocniejszym kryciu.

denko4

Włosy:

1. Isana – pianka do włosów kręconych | chyba nie było jeszcze notki ze zużyciami, w której nie pojawiłaby się ta pianka – niezmiennie pozostaje jedynym produktem do stylizacji włosów, którego regularnie używam, świetnie je dyscyplinuje.

2. Batiste – suchy szampon medium & brunette | suchym szamponom Batiste chyba wkrótce poświęcę osobny wpis – są rewelacyjne i pozostawiają całą konkurencję daleeko w tyle. Wersja z dodatkiem koloryzującego pigmentu dla szatynek ma dodatkowego plusa, bo nie pozostawia na włosach białego nalotu i ogranicza proces „mycia na sucho” do kilkunastu sekund.

3. The Body Shop – bananowa odżywka do włosów | o bananowej odżywce wspominałam jakimś czas temu w notce o pielęgnacji włosów. Z czasem mój entuzjazm nieco oklapł i używałam jej jako pierwszego „o” podczas mycia metodą OMO.

4. Alterra – szampon dodający objętości z papają i bambusem | udało mi się zużyć także drugą buteleczkę szamponu Alterry, tym razem w wersji dodającej objętości. Lubię jego żelkowy zapach i wpływ, jaki ma na moje włosy, chociaż ze względu na mocne SCS w składzie starałam się używać go tak rzadko, jak tylko się da, czyli do oczyszczania włosów mniej więcej raz w tygodniu.

5. GlissKur – odżywka do włosów z olejkiem marokańskim i kokosowym | na ten koszmarek skusiłam się ze względu na piękny zapach. Żałuję, bo po dłuższym stosowaniu okazał się zbyt ciężki i męczący, tak jak i sama odżywka, która bardzo obciążała moje włosy – silikony w składzie zdecydowanie przestały mi służyć.

Uff, to już wszystko. Mam nadzieję, że w następnych miesiącach denkowanie pójdzie mi sprawniej – przybyło mi ostatnio tyle nowych kosmetyków, że warto by było zwolnić dla nich miejsce na półkach.

rozdanie-baner
Przypominam także o trwającym rozdaniu: wakacyjne balsamy Bath & Body Works dalej na Was czekają! :) Wszystkie szczegóły dotyczące zasad konkursu znajdziecie TUTAJ.

Reklamy

Kwietniowe denko

Z dumą obwieszczam: wszystko wskazuje na to, że po miesiącach rozszalałego zakupoholizmu nareszcie odzyskałam rozsądek! Od prawie trzech miesięcy udało mi się nie kupić żadnego balsamu (był taki czas, że w zapasie miałam 10 sztuk + 5 aktualnie używanych, huh), dziarsko powstrzymuję się przed większością niepotrzebnych zakupów i dzielnie zużywam zalegające produkty, a moja łazienka pomału przestaje wreszcie przypominać zabałaganioną drogerię :) Dzisiejsze denko, choć skromniejsze niż w poprzednich miesiącach, również napawa mnie sporą satysfakcją. Zatem jeżeli ciekawi Was, jakie kosmetyki udało mi się skończyć w kwietniu, zapraszam do lektury.

d-04-00

Systematycznie zużywam próbki otrzymane przy okazji zakupów w sklepie internetowym Pat&Rub (1). W tym miesiącu testowałam olejek relaksujący o zapachu kokosa i trawy cytrynowej, balsam hipoalergiczny i produkty do włosów – szampon i odżywkę „Łagodność” oraz maskę „Regeneracja”. Olejek urzekł mnie zapachem (już znalazłam jego tańszy odpowiednik), ale działaniem naprawdę zachwyciła mnie maska – czekam na jakąś dobrą promocję na stronie producenta, bo cena 70zł za 250ml mimo genialnego działania wydaje mi się baardzo przesadzona. Oprócz tego do kosza trafiły wreszcie szampony, których już od dawna chciałam się pozbyć, kupione jeszcze przed zmianami we włosowej pielęgnacji: Syoss Substance & Strength (2) i Joanna Naturia z miętą i wrzosem (3) – ten ostatni zużył mój chłopak, bo u mnie powodował wypadanie włosów.

d-04-01

Jeśli chodzi o pielęgnację ciała, skończyłam kolejne z mini-masełek The Body Shop, tym razem czekoladowe (1). To wersja przeznaczona do bardzo suchej skóry, stąd też jej wyjątkowo gęsta konsystencja, do której nie do końca potrafiłam się przekonać. Zużyłam również dwa kolejne podróżne balsamy od Bath&Body Works: zarówno uwodzicielski i dość mroczny Midnight Pomegranate (2), jak i Aruba Coconut (3) z limitowanej wiosennej edycji oczarowały mnie zapachem i – tradycyjnie – bardzo przyzwoicie pielęgnowały skórę. Udało mi się też wreszcie skończyć gruboziarnisty peeling Rajskie jabłuszko z serii Fruit Fantasy Joanny (4), którego zdecydowanie nie polecam – polietylenowy przeciętniak o koszmarnie sztucznym zapachu jabłkowego odświeżacza powietrza, fuj. 

d-04-02

Z uwagi na upływającą datę ważności w ekspresowym tempie pożegnałam drugą butelkę kokosowego mleczka pod prysznic Ziai (1) – uwielbiam słodki, przypominający Rafaello zapach tej serii. Szybko rozprawiłam się także z trzema musującymi kulami do kąpieli Dairy Fun (2). Przyjemny produkt, ale raczej niewart swojej ceny (11.90zł), poza tym nie zauważyłam żadnej różnicy między wariantami zapachowymi poszczególnych kul. O kokosowo-mandarynkowym scrubie Greenland (3) pisałam już wcześniej tutaj – bardzo fajna rzecz, wkrótce mam zamiar uzupełnić zapasy o kolejne opakowanie. I wreszcie żel pod prysznic Apart (4) – denkował co prawda mój chłopak, ale i ja mogę go Wam polecić: kosztuje grosze i ma przepiękny zapach (ciągle tylko zapach i zapach – po tym akapicie widać, którym zmysłem kieruję się podczas zakupów).

d-04-03

W kwietniu skończyłam sporo produktów do pielęgnacji dłoni i stóp. Cukrowy peeling do rąk Paloma Hand SPA (1) działał przyzwoicie, choć jak na mój gust za dużo w nim parafiny. Bardzo przyjemnie rozczarował mnie natomiast silnie nawilżający krem Feet up! od Oriflame (2) – stopy były zdecydowanie gładsze już po jednym użyciu, na pewno jeszcze do niego wrócę. Skończyłam także rossmannowski dezodorant do stóp Fuss Wohl (3) – stała i sprawdzona pozycja, przydająca się zwłaszcza w cieplejszych okresach :) Sporym rozczarowaniem okazał się za to (rzekomo kultowy) krem do rąk z masłem shea od L’Occitane (4), który dostałam za darmo w ramach kwietniowej promocji Glamour – faktycznie wygładzał dłonie, miałam jednak wrażenie, że to bardziej zasługa upchniętych w składzie silikonów niż faktycznie dobroczynnych składników.

d-04-04

Chyba w styczniowym denku zachwycałam się próbką kremu z witaminą E The Body Shop (1) – po zużyciu kolejnych 15ml moje odczucia nie są już tak entuzjastyczne. Jego największym atutem jest z pewnością ekspresowe tempo wchłaniania, ale jeśli chodzi o działanie nawilżające, nie zauważyłam większych efektów. Do śmieci trafił też jedyny przedstawiciel kolorówki w dzisiejszym zestawieniu, czyli tusz StimuLong od Margaret Astor (2). Jakoś nie mogłam się do niego przekonać i jestem baardzo szczęśliwa, że już się skończył – kilka tygodni zajęło mi nauczenie się, jak malować nim rzęsy bez wybrudzenia całej reszty twarzy (przy tej szczoteczce i takiej konsystencji to naprawdę ciężka sztuka). Ochronny płyn do higieny intymnej Ziai (3) to chyba najbardziej długowieczny kosmetyk w mojej łazience: kosztował grosze, a bardzo przyzwoicie służył mi prawie cały rok – na pewno jeszcze do niego wrócę. I wreszcie wychwalana przez mojego chłopaka pianka do golenia Lierac (4) – więcej o niej możecie przeczytać w recenzji męskiej edycji Glossybox, czyli tutaj.

Na koniec małe wytłumaczenie: jak pewnie zauważyłyście, notki na blogu pojawiają się ostatnio nieco rzadziej. Tak jest i jeszcze trochę tak będzie – mimo mojej wiary w cuda wszystko wskazuje na to, że praca magisterska jednak nie napisze się sama. Mimo wszystko obiecuję, że nawet w tych mrocznych czasach blog nie uschnie całkowicie – w głowie mam chyba ze 20 kolejnych notek, które będę systematycznie publikować, tyle że trochę rzadziej niż zwykle :) 

Marcowe denko

Jak mijają Wam święta? Moje upływają pod znakiem Listów Słowackiego i porządkowania przestrzeni. Zanim zabiorę się za stertę nieuprasowanych ubrań i kuchenne szafki, postanowiłam uporać się z marcowym denkiem. Jak zwykle – jest tego dość dużo, a że ostatnio jakoś mi wychodzi niekupowanie zbędnych kosmetyków, moje zapasy wreszcie zaczynają się kurczyć (co niezmiernie mnie cieszy).

d-03-1

Tradycyjnie zaczynam od produktów do nawilżania ciała. W tym miesiącu udało mi się wykończyć cztery (+ małą próbkę rozgrzewającego masła Pat&Rub, której nie ma na zdjęciach). O czekoladowym maśle Starej Mydlarni (1) pisałam już tutaj – tragedii nie było, ale jego skład i właściwości mocno mnie rozczarowały. Skończyłam też pierwsze z czterech posiadanych przeze mnie maseł The Body Shop (2) – wersja Sweet Lemon pachnie przepysznie, jak cytrynowe lody, ale zdecydowanie wolę lżejszą formułę balsamów od TBS. Balsam Carried Away od Bath&Body Works (3) to przede wszystkim piękny zapach, o dziwo idący w parze z przyzwoitymi właściwościami pielęgnacyjnymi (powinnam raczej napisać „wygładzającymi” – dużo, dużo silikonów). I wreszcie mleczko z bio-olejkiem arganowym od Ziai (4), które zrecenzowałam już w tej notce

d-03-2

Z okazji urodzin kupiłam sobie w The Body Shop także minizestaw Chocomania. Czekoladowe masło i nawilżacz do ust jeszcze czekają w kolejce, póki co udało mi się skończyć jedynie scrub do ciała (1) i żel pod prysznic (2). Jeden i drugi bardzo mi się spodobały i planuję wkrótce uzupełnić zapasy o bardziej adekwatne do pory roku wersje zapachowe. Bardzo przyjemnie zużywało mi się także musujące kostki do kąpieli z Sephory (3), które istotnie musowały (wbrew pozorom rzadkość), a przy tym nie wysuszały skóry. Nie mogę tego niestety powiedzieć o karmelowym płynie do kąpieli Luksji (4), z którym zdecydowanie się nie polubiliśmy, dlatego – mimo pięknego zapachu – nie będę do niego wracać.

d-03-3

W pielęgnacji twarzy bez większych zmian – obecnie co prawda planuję małą rewolucję i eliminację drogeryjnych produktów, ale w marcu denkowałam zapasy. Peelingująco-rewitalizujący żel do mycia twarzy Garniera (1) to całkowity przeciętniak, od innych produktów tego typu odróżniał go tylko ładny zapach. Zużyłam też drugi słoik kremu L’Oreal Nutri Gold Light&Silky (2), ale wersja na dzień nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak pierwszy, nocny słoiczek. Rozczarowała mnie też truskawkowa-waniliowa maseczka Rival de Loop (3) o działaniu równie anemicznym jak jej (chemiczno-waniliowy) zapach. Balsam Cetaphil (4) to z kolei denko mojego chłopaka – produkt kultowy, mnie jakoś nie zachwyca, chociaż jego wydajność jest faktycznie nie z tej ziemi.

d-03-4

Pielęgnacja włosów upłynęła pod znakiem Rossmanna. Zużyłam moją pierwszą butelkę morelowego szamponu Alterry (1) i baardzo się polubiliśmy (więcej pisałam o tym w poprzedniej notce o pielęgnacji włosów). Skończyłam także podstawową isanowską odżywkę w odmianie różowej (2). Drażnił mnie jej zapach i żadnych cudów wynikających z jej regularnego stosowania nie zauważyłam, ale właściwie kupiłam ją wyłącznie z myślą o zabezpieczaniu włosów przed myciem. W kryzysowej sytuacji dobrze sprawdziła się także jako pianka do golenia ;) Pianka do włosów kręconych Isana (3) pojawia się w każdym tego typu zestawieniu – naprawdę nie mam większych wymagań, jeśli chodzi o stylizację :) Do zużyciowego worka trafił także żel/szampon [3D] MENSION od Schwarzkopf (4) – jeden z pełnowymiarowych produktów dołączonych do męskiego Glossybox. Dziwny! Pachnie świeżo skoszoną trawą, albo pokrzywą jak twierdzi tester-mój chłopak. Mimo to doczekał się wielu komplementów, począwszy od designu opakowania, na dobrym działaniu oczyszczającym skończywszy.

d-03-5

Stawkę zamyka kilka produktów „bez kategorii”. Limitowana edycja mydła w płynie od Isany (1) okazała się jednym z piękniej pachnących specyfików, jakich kiedykolwiek używałam: idealnie zimowy zapach, przypominający grzane wino. Mam szczerą nadzieję, że w przyszłym roku będzie znów dostępna. Ładnie pachniał (i niczym więcej się nie wyróżniał) także bawełniany żel pod prysznic od Lirene (2). Do kosza trafiły jeszcze kolejne opakowanie isanowskiego zmywacza (3) i dezodorant Isana Med (4) – czytałam w internecie sporo narzekań, ale w moim (mało problemowym) przypadku sprawdzał się bez zarzutu.

To wszystko. Jak przystało na świąteczną słomianą wdowę zabieram się do wielkich porządków, a Wam oczywiście życzę wesołych świąt – spędzajcie je dokładnie tak, jak chcecie! :)

Zużycia styczniowe

Kolejny miesiąc intensywnego denkowania za mną. Tym razem torba na puste opakowania wypełniła się tak szybko, że postanowiłam nie czekać z publikacją „zużyciowego” posta do końca lutego, tylko już teraz pokazać Wam, które kosmetyki udało mi się wreszcie wykończyć. Tradycyjnie były wśród nich takie, do których wracam i będę wracać, i takie, których zużycie po wielu miesiącach męczarni było ogromnym sukcesem.

d-01-1

Masła, kremy, balsamy: 

  • Perfecta SPA, kakaowe masło do ciała – pozostałość z czasów, kiedy jeszcze lubiłam się z Perfectą, obecnie za bardzo przeszkadza mi ilość parafiny, którą ładują do swoich produktów. Wersja kakaowa ładnie pachnie i przyzwoicie nawilża, niestety, pozostawia na skórze tłustą, rolującą się warstwę. Pomimo narzekań pewnie jeszcze kiedyś do niego wrócę, jakoś tęsknię za Perfectą kiedy długo jej nie używam :)
  • Fruttini, balsam czekoladowo-żurawinowy – pięknie pachnie, taniutki, skład koszmarny. I ponoć skóra po nim robi się bardzo gorzka! Więcej tutaj.
  • Bath & Body Works, krem potrójnie nawilżający Vanilla Bean Noel – szerzej pisałam o nim tu. Przyjemny, ale po dłuższym czasie zapach może zmęczyć. Poza tym słabo się wchłania. Jeśli chodzi o B&BW, pozostanę przy balsamach.
  • Wellness & Beauty, mleczko vanille & macadamia – kiedyś bardzo często go używałam, podczas porządków znalazłam zachomikowaną buteleczkę z resztką produktu. Mleczko jest trochę męczące we współpracy (wsmarowywanie, czas wchłaniania), ale bardzo lubię je za zapach i naprawdę przyzwoity jak na tę cenę skład.
  • The Body Shop, masło do ciała Vanilla Bliss – za jego zapach dałabym się pokroić. Używałam bardzo oszczędnie, głównie na ręce – po pierwsze dlatego, że wolniej go ubywało, po drugie (niestety) na innych partiach ciała nie zdawało egzaminu tak dobrze, nawilżało średnio. Mimo wszystko – zapach! skład! opakowanie! Całe szczęście, że mam jeszcze zapasowe 200ml :)

d-01-2

Pielęgnacja włosów:

  • Timotei, szampon + odżywka „Jedwabista miękkość” – nie polubiliśmy się. Żadnych pozytywów, włosy po użyciu były poplątane i „wymęczone”, wypadały. Na plus można policzyć chyba tylko opakowanie i ładny zapach. Na pewno do niego nie wrócę.
  • Natei, szampon do włosów przetłuszczających się – biedronkowa „podróba Timotei”, zużyta przez mojego chłopaka. W tej cenie (chyba 4zł/500ml) to naprawdę przyzwoity produkt, śmiało może konkurować z innymi drogeryjnymi specyfikami.
  • Garnier Ultra Doux, odżywka awokado + karite – bardzo lubiana w blogosferze – i słusznie! Używam jej już od kilku lat i regularnie do niej wracam.
  • Isana, suchy szampon – bardzo lubiłam ten szampon, dopóki nie odkryłam Batiste. Widocznie odświeża, ładnie pachnie, bardzo wydajny. Niestety, dość trudno go „wyczesać”. Poza tym isanowskie opakowania produktów do włosów z tą straszną panią o wyjątkowo jasnych włosach i wyjątkowo ciemnych brwiach jakoś godzą w moje poczucie estetyki…

d-01-3

Kąpiel + peeling:

  • Ziaja, czekoladowy peeling myjący – koszmar minionej jesieni, bez dwóch zdań. Konsystencja galarety, polietylenowe drobinki i obrzydliwie chemiczny zapach sprawiły, że męczyłam się z nim prawie pół roku. Recenzowałam go już tutaj, ale wtedy byłam chyba bardziej wyrozumiała. Jestem pewna, że już nigdy przenigdy do niego nie wrócę, a za wytrzymałość przy zużywaniu tego opakowania należy mi się jakiś puchar, albo przynajmniej dyplom. 
  • Original Source, płyn do kąpieli raspberry & vanilla milk – mój ulubiony zapach OS, tym razem w kąpielowej wersji. Bardzo ładne opakowanie i przyzwoita piana, ale butla starczyła raptem na 3-4 użycia (wydajność wszystkich produktów OS w ogóle woła o pomstę do nieba).
  • Eroni, mleczny puder do kąpieli o zapachu czekolady – ten produkt też odstał swoje, męczyłam się z nim prawie rok. Bardzo przeciętny. Sympatyczne opakowanie, niska cena i słodki zapach niestety nie wystarczą. Jeżeli chodzi o działanie, puder przede wszystkim barwi wodę – w ogóle się nie pieni, a zapach jest bardzo krótkotrwały. Raczej do niego nie wrócę.
  • Joanna Naturia, peeling antycellulitowy z kawą – lubię joannową wersję zapachu kawy, jest dość realistyczna. Kiedyś bardzo lubiłam tę serię peelingów, obecnie staram się odchodzić od „sztucznych” zdzieraków, więc przez jakiś czas pewnie do nich nie wrócę.

d-01-5

Maseczki, próbki, saszetki: 

W tym miesiącu niewiele nowości – tradycyjnie pojawia się stały zestaw, złożony z maseczki czekoladowej od Starej Mydlarni, saszetki „domowy manicure” Perfecty maseczki mleczno-miodowej Rival de Loop. Po raz pierwszy przetestowałam dwa produkty:

  • Stara Mydlarnia, maseczka Hot Coffee – dzięki której wyjaśniła się tajemnica różnic w konsystencji, zapachu i działaniu maski czekoladowej w saszetce i w słoiczku (szczegóły tej zagadki znajdziecie tutaj). Otóż ktoś źle nakleił etykietę i moja maska czekoladowa w słoiku okazała się tak naprawdę maską kawową(!). Narzekałam na „słoiczkową” wersję, saszetka Hot Coffee też nie zdobyła mojego serca – zapach nie ma zbyt wiele wspólnego z kawą, nie zauważyłam też żadnych pielęgnacyjnych efektów jej stosowania. Czekoladowa wersja jest o niebo lepsza!
  • The Body Shop, Vitamin E Moisture Cream – za to temu kremowi muszę przyjrzeć się bliżej. Ma bardzo lekką konsystencję, ekspresowo się wchłania, a przy tym naprawdę porządnie nawilża skórę – po jednym użyciu wydaje się ciekawym kandydatem na „krem poranny”, nakładany tuż przed make upem.

d-01-4

…i cała reszta:

  • Clarena, krem push up – próbka z sierpniowego Glossy. Nie polecam; mam wrażenie, że mnie podrażnił (swędzenie skóry, a nawet bóle piersi, które ustąpiły tuż po odstawieniu).
  • Ziaja, płyn dwufazowy do demakijażu – w przeciwieństwie do bublowatego płynu micelarnego z tej samej serii, dwufazowiec Ziai naprawdę daje radę, nawet w starciu z mocnym albo wodoodpornym makijażem. Must have.
  • Figs & Rouge, balsam do ust – drugie opakowanie dostałam od przyjaciółki, której dołączony do wrześniowego Glossyboxu balsam niestety nie przypadł do gustu. Mój wielokrotnie wyrażany na blogu zachwyt Figs & Rouge trochę przygasł, odkąd stosuje Carmex, mimo wszystko puszeczkę zużyłam z dużą przyjemnością.
  • Isana, mydło w płynie mango & orange – lubię isanowskie mydła, w tej wersji jednak nie spodobał mi się zapach.
  • Fa, dezodorant NutriSkin – wychodzę z założenia, że nie da się napisać nic ciekawego o dezodorantach, więc nawet przy okazji denka raczej o nich nie wspominam. O tym muszę, bo dawno nie używałam tak brzydko pachnącego antyperspirantu. Wiem, że to przecież nie perfumy, ale wszystkie dotychczasowe dezodoranty pachniały po pierwsze jako tako przyjemnie, po drugie – na tyle subtelnie, że nie zabijały innych nakładanych na ciało zapachów. Ten od Fa śmierdział czymś dziwnym i to na tyle intensywnie, że przebijał się przez perfumowany balsam albo perfumy. Yuck!
  • Farmona, kokosowy krem do rąk i paznokci –  przyjemniaczek. Działanie nie jest może spektakularne, ale na pewno zauważalne. Poza tym naprawdę pięknie pachnie.

I to już wszystko. Jak na jeden miesiąc, chyba trochę się tego uzbierało. Szkoda tylko, że w styczniu kupiłam jeszcze więcej, niż zdołałam zużyć…